8 gru 2017

Tajemnice pachną mandarynkami. "Siedem dni razem" Francesca Hornak.


   Wszędzie teraz dookoła można usłyszeć, że święta to magiczny czas, który zbliża do siebie rodziny i sprawia, że na nowo zaczyna czuć się tą magiczną więź, która łączy ludzi. Zapach mandarynek większości ludzi kojarzy się z bliskością, z domem rodzinnym i z ciepłem, które nieśmiało otula zmęczone codziennością serce. To moment, kiedy na chwilę zatrzymujemy się w biegu, wyłączamy smartfony, odłączamy Internet i dajemy się ponieść spokojnemu rytmowi życia, odmierzanego przez takty ckliwej kolędy. Co stałoby się jednak, gdybyśmy byli zmuszeni spędzić ze swoimi bliskimi nie kilka godzin, ale całe siedem dni? Gdybyśmy nie mogli włączyć telefonów, dostęp do Internetu byłby utrudniony, brak byłoby głosów płynących z telewizora, które zapełniają niezręczne momenty a dookoła byłaby tylko cisza, biała i puchata jak świeży śnieg?

   W takiej sytuacji znalazła się rodzina Birchów, rodzice i dwie dorosłe już córki, Pheobe i Oliwia, która była „przyczyną” tej przymusowej kwarantanny, gdyż wróciła z Afryki, gdzie leczyła osoby zarażone wirusem haag. Dla bezpieczeństwa społeczeństwa musiała pozostać w odosobnionym miejscu, a jej bliscy zgodnie stwierdzili, że czas świąt muszą spędzić razem – chociażby ryzykowaliby tym samym swoje zdrowie i życie.

   Już na samym początku powieści okazuje się, że każdy z domowników ma tajemnicę, której nie chce wyjawić bliskim; głowa rodziny, Andrew ze strachu przez złością żony, ona ze strachu przed tym, że mogłaby popsuć wszystkim święta, a córki… cóż, one po prostu nie chcą dzielić się pewnymi informacjami ze swoimi rodzicami. W efekcie święta, który miały być magicznie spędzonym czasem, stają się spektaklem, odgrywanym przez głównych bohaterów bez jakichkolwiek emocji czy żaru. Czwórka pozornie najbliższych sobie osób, okazuje się być bardziej dla siebie obca niż spodziewaliby się sądzić. Jednak siedem dni spędzonych razem poniekąd wymuszają sytuacje, w których tajemnice wychodzą na światło dzienne. I kiedy można by stwierdzić, że nie może stać się nic gorszego, do drzwi puka osoba, która nieodwracalnie zmieni życie całej rodziny….

   Na początku zaznaczę, że nie polubiłam żadnej z postaci z „Siedmiu dni razem”. Olivia wydawała mi się zbyt zasadnicza, typowa dziewczyna, która zadziera nosa i czuje się lepsza od reszty rodziny, bo robi coś dla ludzkości. Jej siostra, Pheobe z kolei nie przejmowała się niczym, co nie dotyczyło jej osobiście, osoba dość egoistyczna. Ojciec, Adrew, krytyk kulinarny i niegdysiejszy korespondent wojenny zdaje się w ogóle nie zauważać swojej żony, która z kolei usługuje wszystkim, na siłę starając się zachować pozory normalności. Mimo wszystko miałam pewne perwersyjno-przyjemne uczucia czytając o tym, jak cała czwórka stara się udawać szczęśliwą rodzinę, jednocześnie kryjąc przed sobą nawzajem swoje największe sekrety. To chyba pierwsza książka, gdzie nie polubiłam się z żadną postacią, a jednak sama fabuła mi się podobała. I to bardzo.

   Jednak z pewnością nie zgodzę się z tym, że jest to dowcipna książka, co zostaje nam obiecane na okładce; humoru jest tam niewiele. Ja osobiście uznaję „Siedem dni razem” za dramat, który odkrywa pewną smutną prawdę współczesności – nie potrafimy być razem. Coraz częściej uciekamy do sieci, do telewizji, nawet do książek, oddalając się od drugiego człowieka. Po przeczytaniu tej lektury jakoś lepiej zauważyłam, że teraz to nawet przechodnie nie patrzą sobie w oczy; każdy jest zatopiony w ekranie smartfona, albo patrzy pod nogi, uciekając spojrzeniem od innych ludzi. Skoro nie potrafimy być ze sobą, to jak mamy tworzyć ludzkość? To pewnie jedna z niewielu książek, która pokazuje, że święta to nie tylko kolorowe lampki, choinka, opłatek i radosne, gromkie „Dzisiaj w Betlejem”, ale też niesnaski, żale i niedoskonali ludzie stłoczeni przy wspólnym stole. Nie mam pojęcia jaki był zamysł Francesci Hornak kiedy pisała tą książkę, ale wiem, że stworzyła prawdziwy, może nieco przesadzony, aczkolwiek szczery obraz typowej współczesnej rodziny, której przyszło przez siedem dni być zdanym tylko na swoje towarzystwo.

   Do świąt pozostało jeszcze nieco ponad dwa tygodnie, ale już teraz życzę i wam, i sobie – żebyśmy chociaż przez ten krótki okres czasu byli razem. Bez nowoczesności, współczesności i technologii. Po prostu – z drugim człowiekiem. 


5 gru 2017

Co jesteś gotów zrobić dla miłości?


   W momencie, kiedy matka po raz pierwszy bierze w ramiona swoje dziecko, tworzy się między nimi potężna więź; mówi się, że największą miłość życia trzeba sobie urodzić, że nie sposób jest pokochać innego człowieka tak mocno, jak własne dziecko. A jeżeli coś się kocha, to chce się to za wszelką cenę chronić. Mama musi walczyć z bolącymi kolkami u noworodka, wypędzać potwory z szafy swojego pięciolatka, oswajać straszną i skomplikowaną matematykę, sklejać złamane po raz pierwszy serce i ratować swoje dziecko, ilekroć się potknie. I każda mama powinna prosić wszystkie bóstwa – dawne i obecne – żeby tylko z takimi zagrożeniami musiała walczyć. Bo czasami, niekiedy, zdarza się, że w imię miłości trzeba zrobić o wiele więcej.

   Nina Frost jest prokuratorem i zajmuje się prawdopodobnie najtrudniejszymi z możliwych przypadków w sądach – przemocą wobec dzieci. Codziennie musi nakłaniać przestraszonych maluchów, by w obecności jej, sędziego i rodziców – gdzie niekiedy to właśnie oni są winni siniaków na ciele dziecka – aby opowiedziały, co im się przytrafiło.  Wie, że to dla nich traumatyczne przeżycie, ale wie też, że tylko w taki sposób może im pomóc uwolnić się od osoby, które je systematycznie krzywdzi. Prywatnie jest szczęśliwą mamą pięcioletniego Nathaniela i żoną Caleba, którego chyba nadal kocha. Chyba, bo po kilkunastu latach małżeństwa całą namiętność przykrył kurz codziennych obowiązków, trosk i kłopotów i trudno jest przypomnieć sobie uniesienia z pierwszych miesięcy związku.

„Wystarczy zmienić punkt widzenia, a perspektywa ulega całkowitemu przewartościowaniu.”

   Cały ich świat sypie się w posadach, kiedy okazuje się, że Nathaniel był molestowany seksualnie. Nagle okazuje się, że potworności, które Nina znała z sal sądowych staną się jej codziennością a ona, jako matka, w żaden sposób nie może pomóc własnemu dziecku uporać się z tym strachem. Nie pomaga przytulenie, pocałunek w czoło, zapewnienie, że jest już bezpieczny – nie ma żadnej sposobności, aby wymazać to przerażające wspomnienie małego chłopca i żeby na nowo przywrócić mu beztroskie dzieciństwo.

   Kiedy okazuje się kto stoi za tym przestępstwem, rozpoczyna się rozprawa sądowa. Jednak Nina nie łudzi się, że oprawca trafi na kratki; za dobrze zna realia sądowe i zbyt często widziała, kiedy pedofil miał rozkuwane ręce i wychodził z gmachu sądu jako wolny człowiek. Dlatego też decyduje się porzucić wszystko to, w co wierzyła, czego uczyła się przez lata, za co walczyła jako prokurator.  Pozbywa się wszelkich zasad moralnych i etycznych i zaczyna działać instynktownie; a instynkt zawsze mówi matce, aby zniszczyła zagrożenie, aby ratowała dziecko na wszelkie możliwe sposoby. Nawet jeżeli oznaczałoby to zbrodnię.

   Nina nie chciała wymierzyć sprawiedliwości, nie miała na celu odpłacenia za doznane krzywdy; jej celem było sprawienie, że ten człowiek nigdy już nie zbliży się do Nathaniela, że nie będzie sposobności, aby spotkali się chociażby przypadkowo za kilka lat na ruchliwej ulicy. Poświęciła swoją wolność, siebie i swoje człowieczeństwo, aby zapewnić synowi spokojne życie. Zrobiła to, czego nie mógł za nią zrobić żaden wyrok sądu, żadne prawo. Czy została więc wybawicielką dla swojego dziecka czy morderczynią? Cóż, o tym zdecydować musi już sam czytelnik, w swoim sercu.

   Picoult jak zwykle zachwyca swoją stylistyką, swoim kunsztem pisania; gdybym miała możliwość ukraść talent jakiemukolwiek pisarzowi w dziejach świata, bez wahania pokusiłabym się o jej sposób tworzenia historii. Bo jej opowieści zachwycają codziennością, a jednocześnie zapierają dech w piersi i zatrzymują krążenie krwi, gdy nagle okazuje, że zwykłych ludzi dotykają niezwykłe nieszczęścia. Autorka pokazuje, że człowiek potrafi sobie poradzić w każdej sytuacji, nawet jeżeli początkowo mogłoby się zdawać, że nie ma z niej żadnego wyjścia, że nie sposób jej spaść na cztery łapy jak zwinny kot czy uchylić się przed rykoszetem swojego nieszczęścia. Myślę, że książki Picoult są tak popularne, bo wbrew wszystkiemu dają nadzieję, że nadal najważniejsza na tym świecie jest miłość. Nie pieniądze, sława, kariera czy uznanie, ale właśnie to naiwne i stare jak świat uczucie, które potrafi nie tylko przenieść góry, ale i ruszyć cały świat.  

   „W imię miłości” to historia, która przyciąga jak magnez. Jeżeli reinkarnacja jest prawdą, to Picoult w poprzednich życiach z pewnością była bajarzem; siadała przy ognisku, wokół niej gromadziły się tłumy, a ona snuła opowieści, ze słów niczym z nici plotła piękne wzory i oplatała nimi wyobraźnię słuchających. Tak samo jest i dzisiaj; biorąc do ręki którąkolwiek z jej powieści, trzeba mieć na względzie fakt, że nie zostanie nam ona obojętna. Z pewnością coś w nas poruszy, sprawi, że zastanowimy się nad tym, gdzie tak naprawdę leży granica miłości i kiedy można ją przekraczać. Zastanowimy się, czy prawo ludzkie jest ważniejsze niż prawo uczuć, a jeżeli tak, to jak zahamować instynkty zmuszające nas do ochrony najważniejszych dla nas wartości? I w końcu odpowiemy sobie na pytanie, co gotowi jesteśmy zrobić dla miłości?

„Czasami, gdy się bierze w ramiona swoje dziecko, można wyczuć pod palcami układ własnych kości lub wciągnąć w nozdrza zapach własnej skóry, dobywający się z zagłębienie dziecięcej szyi. To właśnie jest najbardziej zdumiewające w macierzyństwie – odnalezienie kawałka siebie, który jest całkowicie odłączony od naszego ciała, a mimo to absolutnie niezbędny nam do życia. Gdy się dokona owego odkrycia, przeżywa się chwilę niesamowitego uniesienia i pełnego zdumienia zachwytu: jakbyśmy umieścili na właściwym miejscu ostatni element układanki, złożonej z tysiąca kawałków; jakby fotofinisz wykazał, że o włos zdołaliśmy wyprzedzić całą stawkę w sprinterskim biegu.”


30 lis 2017

Kobieto, jesteś niedoskonała i to piękne jest!


   Przyznaj szczerze – przynajmniej raz w życiu (jeżeli nie raz w miesiącu) popatrzyłaś na swoje lustrzane odbicie i skrzywiłaś się z niesmakiem. A to nie spodobał ci się twój za długi nos, a to rzęsy jakieś takie liche się wydały, to znowu cellulit zakrył całe twoje uda i sprawił, że przypominasz raczej egzotycznego cytrusa niż człowieka. Po urodzeniu dziecka płaski brzuch zmienił się nie do poznania a rozstępy zrobiły z ciebie mało erotyczną podróbkę tygrysa; zmarszczki na twarzy pojawiły się nie wiadomo, kiedy, jakby jednej nocy rozgościły się w kącikach twoich oczu i ust i rozpoczęły strajk okupacyjny, nieczułe na drogie kremy i zabiegi u kosmetyczki.

   Kobieto moja droga, starzejesz się. Nie ważne czy masz lat szesnaście czy trzydzieści czy pięćdziesiąt – każdego dnia toczysz się do momentu, gdzie już w ogóle nie będziesz przypominała roześmianego podlotka, gdzie twoje włosy nie będą lśniły, cera nie będzie pięknie i uroczo zaróżowiona a ciało jędrne i wysportowane. I wiesz co? To cudowne jest!

   My, ludzie, mamy tendencje do patrzenia na wszystko z negatywnej perspektywy. Widzimy zmieniających się siebie i krzywimy się na ten widok z niesmakiem. A przecież wszystko, każda zmiana wydarzyła się po coś. Czasami dla kogoś. Każda zmarszczka powstała dzięki interakcji z innym człowiekiem; o, ta na lewo od twoich ust powstawała już od maleńkości, kiedy tata bawił się z tobą w berka i śmiałaś się za każdym razem, kiedy udawał, że nie może cię złapać. Ta na prawo zaś to zasługa twojego ukochanego, który czasami denerwuje cię tak bardzo, że wykrzywiasz usta w nieprzyjemnym grymasie. Obwisły brzuch? A czy to za duża cena za te małe stopy, które biegają teraz po twoim domu? Nieapetyczne żyłki zaatakowały twoje niegdyś wypielęgnowane ręce? Bo pracowałaś, bo dbałaś o dom, myłaś te gary, gotowałaś obiady, prałaś tony ubrań, męczyłaś się – dla kogoś.

   Każdy ślad na twoim ciele to świadectwo, że pięknie przeżyłaś swoje życie. Do tego wpisu natchnął mnie w ogóle durny program w telewizji, gdzie pokazywali życie żon amerykańskich hokeistów czy innych mało u nas znanych sportowców. Każda z nich miała piękne długie włosy, gładką cerę, figurę jak mój wykreowany graficznie Sims, paznokcie profesjonalnie pomalowane, bez żadnego odpryśniętego lakieru i proste, duże białe zęby. I wiecie co? Wszystkie one były do siebie tak podobne, że wyglądały jak z jednej linii produkcyjnej. Rozróżnić je można było jedynie po kolorze skóry i długości włosów, chociaż to i tak słaby wyznacznik, bo kolor i długość zmieniały co drugi dzień – wiecie, doczepy robią magię na głowie! Doskonale rozumiem i pochwalam dbanie o siebie, ale bez przesady – w momencie, gdy zaczyna się przypominać osobę rodem z Photoshopa, to zatraca się trochę samego siebie. Przeglądając Instagram też coraz częściej widzę miliony podobnych do siebie osób, które mało co różni i trochę obawiam się, że za czterdzieści, pięćdziesiąt lat większość moich rówieśniczek będzie miało podciągniętą skórę we wszystkich możliwych miejscach i tyle kwasu wstrzykniętego w wargi, że pojawi się jego deficyt na rynku. Silikon, wypełniacze, liftingi, nici chirurgiczne – gdzieś w tym wszystkim zabrnęliśmy za daleko. W którymś momencie ludzkość stwierdziła, że woli wyglądać nie tak jak ją natura i geny stworzyły, ale tak jak kreują ją media; wszyscy zachwycają się nosem jak w Angeliny Jolie? Dzisiaj i ty możesz sobie taki nos zrobić, wystarczy zapłacić. Coś się złego z nami stało, bo parzymy z lekkim niesmakiem, kiedy ktoś nie jest perfekcyjny, idealny; krytykujemy tych, którzy wymykają się nowym standardom, którzy wolą mieć na głowie mało stylowe afro albo uparcie noszą okulary w drucianych oprawkach, zamiast zainwestować w soczewki albo popularne "kujonki". Zaczęliśmy pędzić w stronę doskonałości, zapominając, że doskonałe jest to, co wcale doskonałe nie jest. 

   Kobieto! Bądź piękna ze swoimi zmarszczkami, ze swoim zmęczeniem i ze swoimi włosami, które w tą pogodę wyglądają może mało ciekawie. Ciesz się swoim rozmiarem S, M, L i każdym innym, w którym przyszło ci mieszkać. Zachwycaj swoją niedoskonałością! Jeżeli ty sama poczujesz się piękna, to taka będziesz w oczach innych. Amen. 


27 lis 2017

"Wszystko, tylko nie mięta" Ewa Nowak



   Są takie książki, które nieodmiennie kojarzą się z pewnym okresem w naszym życiu. Dla mnie jednym z takich tytułów jest „Wszystko, tylko nie mięta”, pierwsza część Serii Miętowej, która właśnie doczekała się wznowienia. Pamiętam, że rodzinę Gwidoszów poznałam po raz pierwszy dziesięć lat temu (!), czyli jak miałam 15 lat i byłam przekonana, że największym życiowym dramatem jest kłótnia z przyjaciółką. Kiedy po ponad dziesięciu latach wróciłam do tego tytułu, jestem już mądrzejsza i wiem, że w życiu są o wiele gorsze i cięższe dramaty, ale mimo to Gwidoszowie ciągle poprawiają mi humor i otulają mnie przyjemnym ciepłem. Największym atutem tej rodziny jest to, że po prostu realnie im na sobie nawzajem zależy, ale jednocześnie potrafią mieć do siebie zdrowy, nieco ironiczny dystans, który – wbrew pozorom – wcale ich nie dzieli, ale jeszcze bardziej zbliża.

„- Tatuś, dofinansuj mnie – wkroczył obcesowo Kuba.
- Nie masz innego sponsora?
- No cóż, próbowałem z wujkiem, którego mama przyprowadza, kiedy ciebie nie ma w domu, ale powiedział, że na cudze bachory nie będzie łożył.
- Przyjemniaczek – mruknął ojciec.”

   Aśka i Mariusz są małżeństwem już od kilkunastu lat; doczekali się jednego syna – Kuby, dwóch córek – Malwiny i Marysi, kota o imieniu Pies i psa o imieniu Łapa. Prowadzą dość stabilne i normalne życie- Mariusz pracuje jako handlowiec, Joanna zajmuje się domem i co i rusz uczęszcza na różnego rodzaju kursy i szkolenia, bo ma naturę osoby wszystkiego ciekawej, aczkolwiek szybko się zniechęcającej. W czasie, gdy ją poznajemy, zgłębiała tajniki psychologii i próbowała diagnozować każdego z członków swojej rodziny, co niekiedy powodowało przezabawne sytuacje.

   Akcja historii skupia się przede wszystkim na nastoletniej Malwinie, która przeżywa swoją pierwszą platoniczną miłość. Chyba większość z nas była kiedyś nieszczęśliwie zakochana, dlatego też historia dziewczyny pozwala nam wrócić z rozrzewnieniem do tego okresu w życiu, gdy marzyłyśmy o naszych obiektach westchnień i kiedy nie liczyło się nic więcej, niż szybkie spojrzenie rzucone nam  przez potencjalnego ukochanego, czy też – o matko! – uśmiech skierowany w naszą stronę.

   Jednak oprócz sielankowej historii z miłością, książka porusza także i trudny temat; Malwina wkracza w dorosłość i przestaje akceptować swoje ciało. Anoreksja, bulimia – zupełnie niespodziewanie Gwidoszowie muszą zmierzyć się z chorobami, które dotychczas znali jedynie z gazet i telewizji. Są to tego kompletnie nieprzygotowani, bo przecież uważali swoją córkę za rozsądną, zdrową dziewczynę, która nigdy nie interesowała się dietami i nagle, z dnia na dzień zaczęła unikać posiłków i nie reaguje na żadne prośby ani groźby. Malwina z kolei musi nauczyć się rozumieć, że od wagi ciała o wiele ważniejsze jest to, jakim jest człowiekiem, i co ma w głowie – jednak czy jej się to uda?

   Natomiast Kuba, maturzysta, który dotychczas łamał niewieście serca koleżanek, będzie musiał zmierzyć się z odrzuceniem i to nie ze strony pięknej i ponętnej blondynki (jak to często w książkach bywa), ale ze strony niepełnosprawnej i całkowicie zwyczajnej Magdy. A wiadomo przecież, że przystojni i pewni siebie mężczyźni, choćby dopiero wkraczający w dorosłość, nie są gotowi na żadne odrzucenia… zraniona męska duma boli i może powodować, że człowiek zaczyna zachowywać się zupełnie irracjonalnie.

   „Wszystko, tylko nie mięta” to książka, która oparła się na szczęście zmieniającym się czasom i trendom. Teraz wszędzie królują książki „new adults”, gdzie nastolatkowie i dorośli wokół seksu budują swój świat i to właśnie seks traktują jako sposób na pokazanie drugiej połówce swoich uczuć. Dlatego cieszę się, że jest jeszcze Seria Miętowa i Jeżycjada, gdzie na pierwszym miejscu nie jest cielesność – też ważna, ale przecież drugorzędna – ale właśnie ta nadrzędna, najważniejsza miłość. Cieszę się bardzo, że można jeszcze znaleźć tytuły, gdzie o szybsze bicie serca przyprawia nie gorąca scena tarzania się pod pościelą, ale pierwszy dotyk dłoni czy nieśmiały, kompletnie nieudolny debiutancki pocałunek. Gorąco zachęcam was do sięgnięcia po Serię Miętową. Można się przy niej pośmiać i popłakać i zadumać i czegoś pożytecznego dowiedzieć. Jednym słowem – warto! A poza tym, najnowsze wydanie prezentuje się przepięknie!

„- Analizowaliśmy dziś te rysunki, no, ten test człowieka i okazało się, że… że….
- Że?- Że wszyscy mają genialne, cudowne dzieci z ostro zarysowaną osobowością i tylko moje dzieci są albo maniakami seksualnymi – Kuba narysował hożą dziewoję o wydatnym biuście beztrosko wylewającym się z dekoltu – albo są niedorozwinięte – Malwinie śpieszyło się bardzo na basen, narysowała więc kółeczko z dwiema krótkimi nóżkami, a z boku serce przebite strzałą. – Nie wspomnę już o twoim arcydziele – Ojciec (totalne beztalencie manualne) pokrył całą kartkę nieudolnymi próbami narysowania ufoludka. – Grupa uznała, że to praca schizofrenika i pytała, kim jest dla mnie autor rysunku.” 


24 lis 2017

Skąd się biorą wszystkie historie miłosne? "Chwila na miłość" J. Stovrag

   
   Zastanawialiście się kiedyś, skąd wzięły się wszystkie wielkie historie miłosne? Gdzie swój początek miała opowieść o Romeo i Julii, czy naprawdę istniała kiedyś jakaś Anna Karenina, gdzie mieszka realna Bridget Jones i czy Mark Darcy naprawdę jest taki flegmatyczny? Przyznam się szczerze, że niekiedy wsłuchując się w teksty piosenek, czytając książki czy oglądając film, gdzie miłość aż zapiera dech w piersi i powoduje lekką arytmię, zastanawiałam się, skąd się ona wzięła? Czy to tylko wytwór wyobraźni tekściarzy, autorów i scenarzystów, czy też takie miłości istnieją naprawdę? I dzieją się wokół nas?

   Joanna Stovrag, autorka książki „Chwila na miłość” odpowiedziała mi poniekąd na to pytanie, snując w książce swoją własną historię miłosną. Taką, która, gdyby wpadła w ręce dobrych scenarzystów, mogłaby zostać przeniesiona na ekrany, bo i wzrusza i przeraża i wgryza się mocno w serce czytelnika. Ale od początku.

   Aśka była studentką na Uniwersytecie Jagiellońskim; kiedy zaproponowano jej stypendium w Sarajewie nie była zachwycona, ale w końcu zgodziła się pojechać. I – nie ma co tego ukrywać – ta decyzja, ten wyjazd, całkowicie zmieniły jej życie. To właśnie tam poznała wielu przyjaciół, z którymi nie miałaby możliwości poznać się w Polsce w pokomunistycznych latach; zaprzyjaźniła się z Serbami, z Bośniakami, z Chorwatami, poznała wyznawców nowych religii, które wtedy u nas wydawały się egzotyczne i odległe. Miała okazję zobaczyć, jak tolerancyjne są Bałkany, gdzie w prawie każdym domu znajdowały się specjalne dywaniki dla gości, którzy byli wyznawcami islamu i chcieli się pomodlić, jak nakazuje im tradycja.

   Tam też Joanna poznała Bośniaka, Seja, w którym się zakocha i z którym chciała spędzić resztę życia i nie ważne, czy w Polsce czy tam, na tajemniczych Bałkanach. I wszystko podążyłoby do szczęśliwego zakończenia, gdyby nie wojna. Wojna, która dla Joanny była przerażająca, bo przecież tak obca, tak odległa dla Polki, której kraj właśnie zaczął odżywać po komunistycznych rządach. Została rozdzielona z Sejem; ona wróciła do kraju, on walczył. Komunikowali się tylko listownie, chociaż i tak te dochodziły do niej sporadycznie, błąkając się gdzieś po froncie. Nie wiedziała co się z nim dzieje, nawet kiedy otrzymywała od niego wiadomość, to była ona sprzed kilku miesięcy i nadal żyła w wielkiej niewiadomej, gdzie on jest, co robi i czy jest bezpieczny.

„Prosimy Boga o różne rzeczy, ale to Bóg wie, co z tego, o co prosimy, jest dla nas, a co nie, i z czym się uporamy lub z czym będzie nam bardzo ciężko.

   Jest to chyba pierwsza przeczytana przeze mnie książka, która pokazuje konflikt, który miał miejsce na Bałkanach w latach 90-siątych. Temat ten w ogóle jest w naszej kulturze uparcie przemilczany; zapytałam nawet mamy, czy pamięta, że taka wojna w tamtych czasach była, czy pisali o tym wtedy w naszych gazetach, czy mówili o tym w raczkującej jeszcze telewizji? Nie pamięta. Myślę, że większość mojego pokolenia nawet o tym nie wie, ba! ze smutkiem stwierdzam, że dla większości „Bałkany” kojarzą się tylko z miejscem na miłe i niedrogie wakacje.

   Wracając jednak do książki; ciężko jest recenzować wspomnienia innej osoby, bo z pewnością tym właśnie jest „Chwila na miłość”. To Joanna opisuje jak to wszystko wyglądało, przytacza treść listów, opisuje, jak się czuła i jak tęskniła.  Mi, jako czytelnikowi jej historii zostaje tylko wierzyć, że to wszystko tak właśnie wyglądało. Nie mogę w żaden sposób skrytykować tej książki, bo nie można krytykować czyjejś historii, miłości dwojga ludzi. I chyba nawet nie chciałabym tego krytykować.
Pozostaje tylko powiedzieć, że to życie pisze najbardziej nieprzewidywalne historie miłosne.

„Czasem uścisk dłoni jest czymś więcej niż słowo".