21 wrz 2017

Czy rodzinę mogą tworzyć obcy sobie ludzie? "Rodzinne więzy" J.L. Timmer


   Najgorsze wydarzenia w życiu przychodzą całkowicie niespodziewanie; może to i dobrze, bo gdybyśmy wiedzieli jaki topór nad nami wisi, nie potrafilibyśmy normalnie funkcjonować. Char także nie spodziewała się, że życie postanowi okrutnie ją doświadczyć; przez lata żyła szczęśliwie u boku swojego męża i razem wychowywali jego córkę z pierwszego małżeństwa, Allie. Kontakty Char z pasierbicą od samego początku były wzorcowe i dziewczynka traktowała ją jak drugą mamę, przeciwieństwo tej biologicznej, która postanowiła postawić na swoją karierę, a nie na życie rodzinne. Piękną sielankę przerwał karambol na autostradzie, w którym zginął mąż Char; tak całkiem niespodziewanie i niesprawiedliwie, bo miał przed sobą wiele lat życia i do spełnienia jeszcze kilka ważnych obowiązków: musiał wychować Allie, odprowadzić ją za kilka lat do ołtarza, wziąć na ręce swoje wnuki i opiekować się Char, kiedy będzie stara i pomarszczona.

„- Trzeba było wybrać ciemniejsze drewno – mruknęła Char. – Bradley byłby oburzony na widok tego obrzydlistwa.
Dopiero dwie godziny przed mszą zauważyli, że wybrana przez nich trumna ma z boku ogromny sęk.
- Wydaje mi się, że bardziej przeszkadzałoby mu co innego – odparł Will. – Na przykład fakt, że sam znajduje się wewnątrz tej skrzyni.” 

   Na pogrzebie Bradley’a pojawiła się jego była żona, matka Allie, Lindy. Energiczna, głośna, specyficzna i nijak nie pasująca do obrazu żałobników; nawet niespecjalnie rozpaczała po stracie męża, ot pojawiła się, bo wypadało, a po skończonej uroczystości wyszła ze znajomymi do baru. Nie przejęła się też Allie, która nagle została pół-sierotą; w światopoglądzie Lindy było to wydarzenie smutne, aczkolwiek zbyt mało by zaprzątać tym sobie głowę. Nie była to pod żadnym względem osoba zła, nie odnieście błędnego wrażenia. Lindy po prostu żyła w innym świecie, przejmowała się innymi sprawami, w jej życiu nie było po prostu miejsca na smutek i żałobę.

   Kilka dni po pogrzebie Char uświadomiła sobie, że nie ma do Allie żadnych praw i Lindy może jej ją odebrać w każdym momencie. Jednak ta z dnia na dzień zmieniała zdanie, co do przyszłości dziewczynki; wprawiając ją w ogromną dezorientację, którą przejawiała za pomocą złości i buntu. Grzeczna do tej pory Allie zmieniła się do niepoznania; nie dość, że musiała radzić sobie z tęsknotą za tatą, to w dodatku nie wiedziała, jak dalej potoczy się jej życie. Czy zostanie z Char, którą znała od lat czy wróci do swojej biologicznej matki i przeniesie się do całkiem innego świata.

   Na uboczu tej historii toczy się inna; jakby mimochodem, słabiej zaakcentowana, ale o wiele bardziej dramatyczna. Dotyczy Morgan, przyjaciółki Allie, która przez lata błąkała się po rodzinach zastępczych, by w końcu znaleźć swoje miejsce u pary przemiłych ludzi. Przynajmniej tak by mogło się wydawać, bo pewnego dnia Morgan znika i nikt nie wie, dlaczego…

   „Rodzinne więzy” to książka, która opowiada na proste pytanie: jak ważne są więzy krwi? Odpowiedź z pewnością jest różna dla poszczególnych osób; jedni nie wyobrażą sobie, by ktoś spoza rodziny był dla nich bliski, inni z kolei odnaleźli „swoich ludzi” wśród obcych, niespokrewnionych genetycznie. Ja osobiście jestem gdzieś pośrodku – znam rodziny, w których brak jest wsparcia, miłości, ale znam również takie, gdzie zawsze można czuć się bezpiecznie. Dla mnie moja rodzina jest ważna – i ta mała, którą od niedawna tworzę z mężem, jak i ta większa, znana mi dobrze od maleńkości. Ale równocześnie nie wyobrażam sobie życia bez swojej przyjaciółki, która jest dla mnie jak siostra, tyle tylko, że urodzili nas różni rodzice.

   Jednak czy zdecydowałabym się adoptować dziecko? Pokochać i zrozumieć i zaakceptować tak po prostu, bez żadnych konsekwencji? Nie wiem. Pewnie jestem na to za młoda, żeby podjąć taką decyzję, poza tym nawet się nad tym nie zastanawiałam, bo nie miałam potrzeby. Ale właśnie wokół tego tematu krążą „Rodzinne więzy”; czy miłość macosza może być silniejsza niż ta matczyna? Czy rodzinę mogą tworzyć obcy sobie ludzie - i pamiętajmy, że rodzina to nie tylko kobieta i mężczyzna, którzy biorą ślub. Ale i siostry, bracia, kuzyni, matki, ojcowie, dziadkowie - czy takie relacje mogą być możliwe bez powiązań genetycznych? Czy przyszywana babcia może być bliższa niż ta rodzona? I czy niekiedy ci obcy ludzie, mogą znać nas bardziej niż ci, którzy powstali z tych samych genów co my?

   W książce spodobała mi się różnorodność bohaterów; Char i Lindy są tak od siebie różne, jak tylko kobiety różnić się mogą. Ale przy tym żadna z nich nie jest tą „złą” bohaterką. Fakt, Lindy się nie popisała swoim rodzicielstwem, ale jej postawa jest jak najbardziej zrozumiała, czytając to, jaki ma charakter. Po prostu niektóre kobiety nie nadają się do bycia matkami; a Lindy zrobiła wszystko co mogła, aby jej córka miała wspaniałe życie; usunęła się w cień, by Bradley mógł stworzyć nową rodzinę, by Allie nie miała poczucia, że coś ją omija. Rozmawiała z córką, odwiedzała ją, ale jednocześnie nie czuła potrzeby bycia przy niej non stop. Więc zrobiła to, co mogła zrobić, prawda?

   Styl Julie Lawson Timmer jest bardzo … delikatny, wyważony. Gdzieniegdzie niestety przydałoby się napisać coś ostrzej, bardziej dynamicznie, przynajmniej w moim odczuciu. Subtelność autorki wzrusza, ale w każdej książce potrzeba również mocnego akcentu, który jasno zakomunikuje, że dany fragment jest ważny, że to, co czytamy ma jakieś znaczenie. Oprócz tego małego mankamentu, do niczego więcej nie mogę się przyczepić. I nawet nie chcę, bo „Rodzinne więzy” to piękna książka. O miłości ponad podziałami. Ponad prawem. I ponad krwią. 


17 wrz 2017

Tess Gerritsen "Dawca"


   Wiele mówi się obecnie o potrzebie oddawania swoich organów po śmierci; wszak w grobie do niczego nie będą nam potrzebne, a mogą zrobić jeszcze wiele dobrego tutaj, na ziemi. Nasze nerki, wątroba, żołądek czy serce, mają szanse przeżyć nas samych i działać jeszcze długie lata po tym, jak wydamy ostatnie tchnienie. O tym jak potrzebna jest to zgoda wie doskonale Abby DiMatteo, stażystka w jednym z Bostońskich szpitali. Kiedy na oddział trafia trzydziestoletnia kobieta po wypadku samochodowym i wszelkie badania wykazują, że jej mózg nie działa, po jej organy ustawia się kolejka chętnych lekarzy, którzy widzą w niej szansę dla swoich podopiecznych. Jednym z nich jest siedemnastoletni chłopiec, którego serce jest zbyt słabe, aby mógł dożyć osiemnastych urodzin. Krzyżówki krwi kobiety i chłopca zgadzają się, wymaga zgoda została podpisana, lekarze zaczynają przygotowywać się do operacji. Wtedy jednak przyszedł sygnał, że serce dostanie nijaka Nina Voss, żona milionera, który za wszelką cenę nie chce pozwolić odejść swojej ukochanej. Abby wbrew zasadom ratuje życie chłopca, narażając się na ogromne konsekwencje. I mimo, że kilkanaście godzin później znaleziono odpowiedniego dawcę dla Niny i do przeszczepu doszło, nie zmienia to faktu Abby zadarła z niewłaściwymi ludźmi. Dodatkowo, zaczęła zadawać niewygodne pytania. Skąd wzięło się serce dla Niny i dlaczego dokumentacja na jego temat została sfałszowana? Kim był człowiek, który serce pobrał i przywiózł? I co ma z tym wspólnego Mark, jej ukochany?

   Równolegle z tymi wydarzeniami, w zimnej i srogiej Moskwie, para tajemniczych ludzi zabiera czwórkę rosyjskich sierot na statek i obiecuje im lepsze życie w bogatej i baśniowej Ameryce. Jeden z chłopców, Jakow, niezwykle bystry jak na swój wiek, zaczyna podejrzewać, że ich podróż nie skończy się u nowych, adopcyjnych rodziców i że nie będą żyli długo i szczęśliwie.  

„Jeszcze długo po pogrzebie Karen Terrio fragmenty jej ciała nadal będą żyły. Serce, którego uderzenia czuła kiedyś w swojej piersi, gdy bawiła się jako mała dziewczynka, gdy wychodziła za mąż w wieku dwudziestu lat i gdy rok później rodziła dziecko, będzie nadal biły w klatce piersiowej innego człowieka. Trudno bardziej zbliżyć się do nieśmiertelności.”

   „Dawca” jest oczywiście świetnie skrojonym thrillerem, jednak porusza też inną ważną kwestię współczesnego świata – jak wiele można kupić za pieniądze? Czy da się wycenić czyjąś śmierć? I w którym miejscu na świecie śmierć dziecka jest świetnym biznesem? Dawno już wiedziałam, że jeżeli ma się pieniądze, można dokonywać rzeczy praktycznie niemożliwych; handel ludźmi i ich organami kwitnie na całego i ma się bardzo dobrze, mimo wielu akcji, które mają – w teorii – im zapobiegać. Za odpowiednią sumę można bez problemów kupić wszystko, a jeżeli dołoży się trochę więcej grosza, nikt nie będzie zadawał zbędnych pytań; jeżeli jakiś śmiałek się trafi to cóż… niewielka ołowiana kula z pewnością sprawi, że zamilknie na wieki.

   Gerritschen z zawodu jest lekarzem internistą; przez lata zajmowała się chorymi ludźmi, aż pewnego dnia, w latach osiemdziesiątych zamieniła swój stetoskop na pióro. I chyba nie mogła podjąć lepszej decyzji, bo teraz jest jedną z najpoczytniejszych autorek na świecie. W fenomenalny sposób łączy ze sobą świat medycyny i świat zbrodni; pokazuje, że wszystkie aspekty społeczeństwa wzajemnie się przenikają, a zwykli ludzie są często po prostu pionkami w wyszukanej grze tych, którzy mają ochotę rządzić. W wielu jej książkach można spotkać psychopatów, morderców i gwałcicieli, którzy żerują na ludzkim bólu i bezradności; w „Dawcy” miejsce mordercy zastępuje mamona, która potrafi wyrządzić równie wiele złego co przerośnięte ego zwyrodniałych ludzi.

   Pozostaje zadać sobie pytanie, czy gdyby więcej osób decydowało się oddać swoje organy, nielegalny handel nimi zaniknąłby? Z pewnością byłoby go mniej, bo nie byłoby potrzeby zdobywania siłą tego, co można dostać jako dar od drugiego człowieka.

   Jeżeli macie ochotę na mocną, dobrą książkę, to sięgnijcie po Gerritschen. Niekoniecznie po „Dawcę”, bo każda jej książka zamraża krew w żyłach i sprawia, że nocne sny zamieniają się w najgorsze koszmary. Jednak pamiętajcie, że ten tytuł jest pierwszym w jej dorobku literackim; to od Abby DiMatteo zaczęła swoją przygodę z pisaniem i to Abby jako pierwsza stała się łącznikiem Gerritschen z czytelnikami. 


14 wrz 2017

Z kim umówiłabym się na randkę?

   Może tytuł postu was zadziwił, bo jestem już mężatką i nie wypada mi już na randki się umawiać, ale pomarzyć zawsze można, prawda? Poza tym jestem przekonana, że z niektórymi z tych postaci mój mąż sam chętnie by się wybrał na piwo.
   Edit: Dziewczyny, post jest humorystyczny i nie mam ochoty chodzić z innymi na randki! Potraktujcie to lekko, jak żart - wtedy człowiek jest o wiele zdrowszy, jak nie bierze wszystkiego na poważnie.

10. Alexander Campbell "Bez mojej zgody"

   W filmie jego historia została zdecydowanie za bardzo zredukowana i pozbawiona wspaniałej otoczki, która przedstawiona jest w książce. Na pierwszy rzut oka niezwykle wytrzymały psychicznie, w gruncie rzeczy zaś słaby człowiek, który przez lata tęsknił za swoją wielką miłością. Taki słodko-kwaśny typ faceta, który za sarkazmem ukrywa to, co go boli.
   A dodatkowo miał psa, takiego kochanego, dużego, przytulastego i jeśli umówiłabym się z nim na randkę - z nim to tylko w eleganckiej restauracji, oczywiście - to musiałby go przyprowadzić ze sobą. Inaczej bym wyszła zaraz po przystawkach (i tak byłabym już najedzona.)

9. Arthur Hastings - cykl książek o Herkulesie Poirot

Czyli człowiek, który swoją nieporadnością rozśmieszał mnie do łez. Jeśli nie czytaliście żadnej książki Christie to powiem wam tylko, że jeżeli Hastings typował kogoś na mordercę, to zdecydowanie osoba ta zabójcą nie była. Dodatkowo, jeśli miał zachowywać się jak zwykle i nie wzbudzać podejrzeń to bez przerwy wlepiał oczy w osobę, która według niego była podejrzana. Mógłby pracować w FBI jako poszósty szpieg - wtedy to już nikt by nie wiedział o co chodzi.
   Mam nieodparte wrażenie, że wziąłby mnie na romantyczny spacer w typową angielską pogodę i non stop wypatrywałby jakiegoś nieszczęścia.

8. Byron Sully "Dr Quinn"

Oglądaliście ten serial w dzieciństwie? Jeśli nie, to straciliście dwie rzeczy - naukę przyjmowania porodu w domowych warunkach (kluczem do sukcesu są gorące ręczniki!) i Sully'ego, który był ideałem mężczyzny w latach dziewięćdziesiątych. W argentyńskich telenowelach panowali wąsaci bądź długowłosi, ale ulizani kochasie, a tam mieliśmy Indianina, który nie dość, że umiał jeździć na koniu to w dodatku był tak uroczy w swoim zakochaniu do pani doktor, że nawet ja, pięciolatka, rozumiałam, że to ideał faceta.
   Randka z nim? Tylko i wyłącznie przejażdżka konno. Lub wspólne odbieranie porodu w domowych warunkach.

7. Jack Sparrow "Piraci z Karaibów"

  Oczywiście, że nie mogło go zabraknąć w tym zestawieniu! Toż to była moja pierwsza filmowa miłostka! Chyba to od niego zaczęło się moje zamiłowanie do facetów z brodą. Chociaż te warkoczyki nie przypadły mi do gustu.
   W sumie, to do eleganckiej restauracji bym się z nim nie wybrała, bo upiłby się i narobiłby mi tylko wstydu (poza tym nie wiem czy Jack dysponuje jakimkolwiek garniturem.) Ale rejs na Czarnej Perle brzmi zachęcająco, o ile mają tam łazienkę. Mają, prawda?

6. Syriusz Black "Harry Potter"

   Mój ukochany Huncwot, po którego śmierci płakałam rzewnie przez kolejny rozdział książki. Ideał ojca chrzestnego, mimo, że przez trzynaście lat życia chrześniaka go nie było a później, jak już wrócił, to dał się zabić. No ale! Nie liczy się ilość, ale jakość a z jakością nie ma co dyskutować.
   Tylko, że w jego świecie nigdzie bym z nim nie wyszła, bo był poszukiwany, chyba, że zamieniłby się w psa. Ale wtedy słaba by to była randka.

5. Henry Morgan "Forever"

Pamiętacie ten serial? Oglądałam go jakieś dwa lata temu i mój wtedy jeszcze-nie-mąż i mąż mojej przyjaciółki śmiali się, że w tym serialu zasadniczo chodzi o to, że "facet umiera i się odradza goły w wodzie". Coś w tym jest, ale spłycili fabułę jak tylko się dało i zapomnieli dodać najważniejszego - Henry ma piękny, cudowny, idealny angielski akcent! Nie wiem jak wy, ale mi miękną kolana, kiedy go słyszę, nawet w wykonaniu paskudnego Hugh Granta, który, gdy mówi, wydaje się mniej paskudny.
   Wracając do Henry'ego, to mogłabym z nim siedzieć i w ciemnej piwnicy, byleby tylko do mnie mówił i mówił i mówił...

4. Herkules Poirot

Kto by się spodziewał, że ten niski, jajogłowy starszy pan ma swoją psychofankę! Parafrazując znaną większości sentencję Anny Muchy, u Poirota najseksowniejszą częścią ciała jest jego mózg. I to nie byle jaki, bo Poirot potrafi wyjaśnić wszystko i robi to zawsze na spokojnie, bez pośpiechu i zbędnych ceregieli. Źródło spokoju i opanowania. Wszystkie seriale o agentach FBI, CSI i innych tym podobnych drukowanych literkach, chowają się głęboko - tam, by rozwiązać zagadkę, trzeba się nabiegać, nazbierać dowodów, ustalić tożsamość ofiary i kognacje do czwartego pokolenia wstecz.
A Poirot na spokojnie wysłuchuje świadków, zasiada w fotelu, wytęża szare komórki i już wie!
   Ja to bym z nim chętnie poszperała w aktach niewyjaśnionych spraw i popatrzyła, jak pracuje.

3. Crowley "Supernatural"

Naczelny diabeł, cynik, erotoman i fan dobrze skrojonych angielskich garniturów. Crowley przejawia niekiedy ludzkie emocje, ba! jestem w stanie powiedzieć, że on lubi naszych głównych bohaterów, w zasadzie jednak to szatan idealny. Pojawił się dopiero w piątym sezonie Supernatural i w kolejnych uratował fabułę, która po spektakularnym finale sezonu piątego, zaczęła nie tyle lecieć na łeb na szyję, co po prostu zaczęła być przeciętna.
   Crowley i jego ośli upór są tacy uroczy, że jeśli szef diabłów naprawdę jest taki, jak w tym serialu, to ja się nawet piekła nie boję. Szczególnie, że Crowley, podobnie jak i Henry, ma cudowny angielski akcent.
   Co trzeba mu przyznać, to jest diabelnie uczciwy, w swojej nieuczciwości. Jeśli zawiera z kimś pakt o duszę, to dotrzymuje słowa i nie używa żadnych kruczków prawnych zapisanych małym drukiem. Już wolałabym brać kredyt u niego niż w naszych rodzimych bankach, bo Crowley przynajmniej byłby w porządku.

2. Tony Stark "Iron man"

  Kolejny cynik, zakochany bez pamięci. Tony jest taki uroczy w tym swoim odpyskowywaniu się innym. I w dodatku to spojrzenie, które mówi: "matko moja, naprawdę chcesz się ze mną bić? Przecież wiadomo, że mam świecący okrąg na piersi i bez problemu dam ci manto, sieroto."
   Był też niezwykle uroczy w "Avengers" kiedy próbował zamienić Bannera w Hulka i dźgał go szpilką, żeby go rozzłościć.

1. Dean "Supernatural"

Pogromca wampirów, zakochany w swojej Impali (raz ktoś nie zakochany w kobiecie!), ideał starszego brata. Był i w pieklem i w niebie i w czyśćcu (i zdecydowanie to ostatnie miejsce jest tym najbardziej przerażającym.) Spotkał się z każdym z kim warto się spotkać, wykluczając jedynie papieża i Chucka Norrisa, chociaż kto wie co działo się w czyśćcu? Za nic ma anielskie zasady, ich prośby i groźby, podobni zresztą jest z piekielną stroną. Jemu chodzi tylko o to, żeby w miarę bezpieczny sposób dotachać swojego brata do wieku starczego, żeby umarł w spokoju grając w szachy z innymi emerytami.
   Nie poddaje się nigdy, nawet kiedy dusza jego brata zostaje zamknięta w tajemniczej klatce, razem z samym Lucyferem i Michałem, Dean pruje do samej Śmierci, by ten wyciągnął stamtąd resztę Sama (ciało sobie funkcjonowało, tylko bez duszy). Śmierć oczywiście jest silniejsza niż wszystkie diabły i anioły razem wzięte - a ta przedstawiona w serialu jest takim uroczym staruszkiem, że naprawdę warto to zobaczyć - i spełnia prośbę Deana, w zamian oczekując, że ten zastąpi go na jeden dzień. Więc i Śmiercią był, co daje mu dodatkowy plus!
   Z Dean'em chętnie wybrałabym się na przejażdżkę jego Impalą. Problem tylko w tym, że to on wybierałby muzykę, bo pasażer ma siedzieć i się nie odzywać. W sumie to samo mam teraz jeżdżąc autem z mężem.

   Podsumowując moją listę – facet musi być przystojnym Indianinem, który potrafi jeździć konno, mieć Impalę i/lub Czarną Perłę, pić rum bez oporu, mieć w poważaniu samą Śmierć, powinien być odważny, mieć spojrzenie cocker spaniela na tabletkach przeczyszczających, mówić z angielskim akcentem, mieć poczucie humoru, wytrzymywać mój sarkazm, być zakochanym bez pamięci i czasami, tylko czasami, zaszaleć i zrobić coś romantycznego.   
   Lub musi być po prostu moim mężem, który może nie ma Impali, tylko Astrę i nie patrzy na mnie jak cocker spaniel na tabsach, ale ma dwie wielkie zalety - jest jak najbardziej realny i jest mój.

12 wrz 2017

Jak przetrwać jesień?


   Chociaż w kalendarzu jeszcze króluje lato, pogoda za oknem jednoznacznie daje znać, że jesień już się zadomawia. Jak każdego roku wersje tej pory roku mogą być dwie – piękna, ciepła, pomarańczowo-czerwona, którą zazwyczaj ogląda się w gazetach i w telewizji oraz deszczowa, zimna i bura, jaką często widać za oknem. Nic więc dziwnego, że humor w tym czasie opuszcza nasze ciała (często i włosy decydują się wyemigrować z naszej głowy i wypadają nam garściami a ich miejsce zajmują wypryski na buzi) i zastępuje go chandra, która uwielbia ciemność, zimno i miarowe uderzanie deszczu o rynny. A z chandrą trzeba walczyć. Dzisiaj przedstawię wam moje sposoby na gorsze dni.

   Kryminał. Jesienią najlepiej czyta się kryminały. I thrillery też, pojęcia nie mam, dlaczego. W lecie królują oczywiście książki o miłości, przyjaźni, kobietach – wiecie, obyczajówki. Jednak im jest zimniej, tym lektura musi być bardziej krwawa, drastyczniejsza. Im więcej krwi i wnętrzności, tym smaczniej się taką książkę w jesieni czyta.

   Kot/pies/ewentualnie jeż. Papuga się nie nadaje. Ludzie ogólnie dzielą się na dwie grupy – ci, którzy śpią w łóżku ze zwierzętami i ci, którzy się do tego nie przyznają. Ja obecnie nie wyobrażam sobie jesiennego wieczoru bez pochrapywania mojej Tosi, która jest zwinięta w kłębek i śpi na moich nogach (przez co nie mogę się ruszyć i muszę prosić męża o podanie mi herbaty. Albo kawy. Albo chipsów. Łatwo z nami nie ma.) Jak byłam dzieckiem, miałam kanarka, który był nauczony siedzieć na mojej głowie; teraz mam papugę, która nijak nie nadaje się do kontaktów towarzyskich, bo kiedy jest poza klatką, wisi na firance głową w dół. Może w poprzednim życiu była nietoperzem?

   Kawa z polewą czekoladową. Ha, mój eksperyment z kawą okazał się strzałem w dziesiątkę! Gorzka, mocna kawa i kapka polewy czekoladowej tworzą przepyszną mieszankę, którą można pić litrami. Niestety, ta polewa cholerne odkłada się w biodrach, ale cóż zrobić, kubki smakowe też trzeba czasami zaspokoić.

   Piosenki. Im bardziej żwawe i radosne, tym lepiej. U mnie najlepiej sprawdzają się hity z czasów, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie. Od razu zaczyna mi być raźniej, nogi same rwą się do tańca. Przypomniałam sobie teraz, że kiedy jeszcze spotykałam się z moimi przyjaciółkami za panieńskich czasów (czyli wtedy, kiedy mężczyzn w domu nie było i nikt nie patrzył na nas jak na lekko upośledzone), włączałyśmy rumuńskie disco polo i tańczyłyśmy w takt muzyki. Polecam posłuchać – Sandu Ciorba „Pe cimpoi”.

   Przyjaciele. Spotkania jesienne niosą za sobą trochę nostalgiczną nutę. I są inne niż te wiosenne, letnie, przy grillu, czy nad jeziorem, kiedy każdy gdzieś chodzi, coś robi. Jesienne posiadówki są wolniejsze, spokojniejsze i można porozmawiać na bardziej poważne tematy. I wtedy wino lepiej smakuje.

   Kino. Od kilku lat można zauważyć, że latem producenci nie wypuszczają zbyt ambitnych tytułów; może dlatego, że w szale wyjazdów, spotkań i urlopów ludzie nie mają zbyt wiele czasu na siedzenie w ciemnej kinowej sali i delektowanie się grą aktorską. Sytuacja zaczyna zmieniać się jesienią; w tym roku będzie można obejrzeć „Powiernika królowej”, „Pomiędzy nami góry” czy – to na co najbardziej czekam w tym roku – „Morderstwo w Orient Expressie”.

   Sen z Morfeuszem. Jeżeli tylko możesz i masz ochotę – śpij. Brak snu wpływa negatywnie na koncentrację, pamięć i na … twój wygląd, nie ukrywajmy tego. A że sama jesień sporo nam urody zabiera, warto walczyć z nią każdym możliwym sposobem. Drzemka po całym dniu pracy jest jak najbardziej wskazana! Poza tym - może nam się przyśnić cieplutkie lato, gorące słońce i od razu będzie nam przyjemniej. 

   Kapuśniak. Serio, serio. W takie brzydkie dni nic nie smakuje lepiej niż gorący, lekko kwaskowy kapuśniak. Właśnie korzystam w wolnego dnia i gotuję cały gar tej aromatycznej i - jak dla mnie - najlepszej zupy. 

   Dobra gra. Przyznać się, kto grał w Heroes III? Poznałam tą grę kilka lat temu, ostatnio mąż kupił mi w empiku płytę i teraz wieczorami atakuje zamki wrogów, zdobywam miasta i rekrutuję nowych zbrojnych (a on wtedy może sobie spokojnie pograć w swoje gry i mu nie zrzędzę, że się nudzę i chcę pooglądać jakiś film). Zabawa przednia, jeżeli nie znacie a macie ochotę wieczorami pograć – polecam.

   To już chyba wszystkie moje sposoby na przetrwanie tegorocznej jesieni. Zostawiam was z brzmieniem rumuńskiego disco polo i idę zaparzyć kawę. Kaloryczną, a co! Trzeba jakoś przetrwać ten deszcz. 

11 wrz 2017

Uwierzysz? "Ruchome piaski" M.P. Giolito


   Zazwyczaj zamykając książkę, wiem już jak ją wam przedstawię. W przypadku „Ruchomych piasków” nawet teraz, zasiadając do pisania recenzji, nie mam pojęcie co wam napisać. W jaki sposób opowiedzieć wam tą trudną historię.

   Gdybym była prokuratorem, powiedziałabym wam, że osiemnastoletnia Maja Norberg działała w porozumieniu ze swoim chłopakiem Sebastianem i pewnego ranka, gdy weszli do szkoły, do swoich kolegów i koleżanek, zamiast przywitać się z nimi jak przez ostatnie lata, wyciągnęli broń i zaczęli do nich strzelać. Maja z premedytacją i z zimną krwią zamordowała swoją wieloletnią przyjaciółkę Amandę, a po całej masakrze skierowała wylot lufy w stronę Sebastiana i strzeliła trzy razy, zabijając go na miejscu. Później, gdy wszystko ucichło, odłożyła narzędzie zbrodni, wzięła swojego chłopaka w ramiona i patrzyła jak jego ciało staje się coraz bledsze i bardziej obce.

   Gdybym była obrońcą, powiedziałabym, że Maja została we wszystko wplatana. Chciała pomóc swojemu chłopakowi, który uplótł wokół niej sieć, który uzależnił ją od sobie i który gnębił ją psychicznie i fizycznie. Próbowałabym was przekonać, że dziewczyna chciała po prostu pomóc swoim kolegom i dlatego sięgnęła po broń – była świadoma, że musi zabić Sebastiana, bo inaczej to nigdy się nie skończy. Opowiedziałabym wam jak niechcący postrzeliła swoją przyjaciółkę, która była dla niej jak siostra, bo nigdy wcześniej nie miała karabinu w ręku i nie wiedziała, jak ma się nim posługiwać.

   „Ruchome piaski” to trudna książka. Brak tam subiektywnego narratora, który przedstawiłby nam oczywistą wersję wydarzeń.  Od początku, aż do końca całą relację przedstawia nam Maja, główna oskarżona. To sprawia, że nie możemy być pewni czy to, co ona uważa za prawdę, faktycznie nią jest. Inaczej mówiąc, książka ta jest taka jak rzeczywistość; bo przecież nie mamy pojęcia czy to, co ktoś nam opowiada jest prawdą, czy tylko jej podkolorowaną i nagiętą wersją. Książki przyzwyczaiły nas to podawania prawdy na tacy; Malin Persson Giolito próbuje swoich czytelników tego oduczyć. Zmusza nas do nieufności, do myślenia, czy ta dziewczyna, tak dzika i tajemnicza, nie wywiodła nas na manowce. Czy nie jesteśmy jej publicznością, swoistą ławą przysięgłych, których próbuje przekonać do swojej niewinności?

   Cała historia skupia się wokół procesu Mai, trwającym 21 dni. Dziewczyna, jej obrońca i prokurator wspominają to, co wydarzyło się dziewięć miesięcy wcześniej w jednej ze sztokholmskich szkół. Dziennikarze, niczym sępy, łowili każde ze słów wypowiedzianych w czasie procesu, aby później napisać je w swoich gazetach i przekonać całe społeczeństwo, że dziewczyna jest winna i powinna zgnić w więzieniu. Sama Maja miała świadomość, że nawet jeżeli wyjdzie na wolność, będzie napiętnowana i że tamtego dnia, gdy Sebastian wziął do ręki pistolet, jej życie zmieniło się na zawsze.

   Giolito, jak przystało na skandynawską pisarkę, świetnie sobie radzi z kryminałem. Pisze lekko, bez zadęcia, bez patetyzmu i bez wyszukanych frazesów. Jej zdania, plecione ze zwykłych słów sprawiają, że czytelnik zatapia się w całej opowieści i spija słowa obrońców i oskarżycieli, miotając się we własnej ocenie Mai. Raz byłam pewna, że dziewczyna jest winna i powinna zostać skazana na najwyższy wymiar kary, by po chwili dać się przekonać słowom jej adwokata, że działała w obronie własnej, że nie miała wyjścia i że ja na jej miejscu postąpiłabym tak samo.

   „Ruchome piaski” to nietypowy skandynawski kryminał, skupiający się przede wszystkim na psychologicznej stronie zbrodni. Na problematyce winy i niewinności. Autorka, pisząc tą opowieść każdemu z nas zadaje jedno, zasadnicze pytanie: A Ty? Uwierzyłbyś? 

"Wycelował we mnie z karabiny, a ja domyśliłam się po co i sama strzeliłam - raz, drugi, trzeci. Co innego mogłam zrobić?"

6 wrz 2017

Czy zabiłbyś dla miłości?


   Co bylibyście w stanie zrobić dla osoby, którą kochacie? Jakie granice bylibyście w stanie przekroczyć dla miłości swojego życia? Granice własnych zasad? Granice prawa? Granice tego co dobre, co moralne, co właściwe? Często ludzie pytają siebie: „czy skoczyłabyś za nią w ogień?” i – jak dla mnie – ta deklaracja niewiele mówi, bo poświęcić swoje życie jest trudno, ale jednak są trudniejsze wyrzeczenia. Pytanie powinno brzmieć: „czy zabiłbyś ukochaną, by przestała cierpieć?”

   James MacDonald był szczęśliwym mężem. Nigdy nie spojrzał na inną kobietę, nigdy nie pomyślał o rozwodzie i codziennie przed snem dziękował Bogu i innym stwórcom za to, że spotkał na swojej drodze Maggie, która stała się jego wybawieniem i istnym darem niebios. Kochał ją, tak po prostu, tak zwyczajnie i tak pięknie, jak tylko mężczyzna może kochać kobietę; codziennie, nieustannie, po cichu. Bo mężczyźni już tak mają, że kochają właśnie po cichu, bez rozgłosu.

   Te ciągłe podziękowania i ta wdzięczność musiała się niebiosom nie spodobać, bo po kilku latach małżeństwa, u kobiety stwierdzono raka, który rozprzestrzeniał się po jej ciele w zastraszającym tempie. Wiedząc, że nie ma żadnych szans na wyleczenie, Maggie poprosiła swojego męża o ostatnią przysługę – aby odebrał jej życie, nim choroba zamieni ją w warzywo, niezdolne do normalnego funkcjonowania.

„Osoba, która jest twoją pierwszą miłością, kradnie ci serce. Osoba, z którą pierwszy raz w życiu się kochasz, kradnie ci duszę. A jeżeli w jednym i drugim przypadku jest to ten sam człowiek, czeka cię marny los.”

  Cóż może zrobić zakochany do utraty tchu mężczyzna, który słyszy taką prośbę z ust swojej ukochanej kobiety? James na początku nie chciał nawet słyszeć o tym pomyśle, nie dopuszczał do siebie tragizmu całej sytuacji, ale w końcu, widząc jej cierpienia i łzy bólu w najukochańszych na świecie oczach, zdecydował się pomóc żonie odnaleźć szczęście po drugiej stronie – nawet za cenę swojej wolności.

   Poprosił ją o ostatni wspólny weekend; oglądali razem wschód słońca, poszli do kina, gdzie w ostatnim rzędzie zachowywali się niczym para nastolatków a później spędzili wieczór w najznakomitszej restauracji, jedząc palcami najdelikatniejszą cielęcinę i krewetki. W niedzielny poranek wyjechali z domu i szukali najintensywniejszych barw świata; przejmującego błękitu czystego nieba, soczystej czerwieni wozu strażackiego – wszystkich kolorów, które Maggie chciała zabrać za sobą na drugą stronę. Później pojechali do miasteczka, gdzie komendantem był kuzyn Jamiego, Cam, i spędzili wieczór w hotelowym pokoju, racząc się pizzą i szampanem. We wtorkowy poranek Jamie wziął poduszkę i docisnął ją do twarzy swojej żony i czekał aż przestanie się ruszać. Aż odejdzie tam, gdzie nie ma bólu.

   A później zaczął się proces; Jamie był oskarżony o zamordowanie swojej żony. Prokurator twierdził, iż było to zabójstwo z premedytacją a jedyna osoba, która mogła poświadczyć, że było spowodowane ono prośbą umierającego – nie żyła. Obrońca wnosił, iż mąż zamordował swoją żonę w akcie litości, współczucia i miłości. A przysięgli mieli stwierdzić, jak było naprawdę.

   Jodi Picoult po raz kolejny udowodniła, że książka o trudnej tematyce, nie musi wcale być smutna i przygnębiająca; „Deszczowa noc” to książka o nadziei i o wierze, że miłość można zwyciężyć wszystko – nawet ból i śmierć. Jodi ma niezwykłą moc swobodnego mówienia o rzeczach, które dla nas są zbyt intymne, zbyt osobiste, zbyt wstydliwe; nie boi się żadnego tematu, nawet najbardziej kontrowersyjnego. Pisała o in vitro, o aborcji, o dzieciobójstwie, ale trzeba przyznać, że ciągle w jej książkach powraca motyw eutanazji; można wspomnieć chociażby o książce „Pół życia”, gdzie dzieci musiały zdecydować o tym, czy podtrzymywać sztucznie przy życiu własnego ojca, czy też pogodzić się z jego śmiercią. Autorka nie boi się wyrażać poprzez książki swojego zdania, co – powiedzmy sobie szczerze – jest rzadko spotykane we współczesnym świecie, gdzie wszyscy chcą być w porządku wobec wszystkich.

   Często mówi się o "zabiciu z miłości". Moim zdaniem, w tym przypadku, w tej książce, w tej historii  powinno mówić się "dla miłości". Bo Jamie zrobił to dla Maggie. Zdecydował się na karę, na ostracyzm społeczeństwa, na wyrzuty sumienia, na dręczące go koszmary i pytania "a gdyby wyzdrowiała?". Zrobił to wszystko bo chciał oszczędzić jej bólu. Czyż można nazwać to inaczej niż czystą miłością?

   Książkę polecam wszystkim; i tym, którzy są za eutanazją i tym, którzy twierdzą, że decyzja ma leżeć po stronie natury lub Boga, w zależności od wiary. A szczególnie tym, którzy lubią dobre, wartościowe książki; i tym, którzy kolekcjonują cytaty, bo tych u Picoult nie brakuje. Na koniec zostawiam was z tymi słowami:

„Miłość nie rozkłada się po równo w związku. Nigdy nie jest pół na pół. To zawsze siedemdziesiąt do trzydziestu lub sześćdziesiąt do czterdziestu. Ktoś zakochuje się pierwszy. Ktoś stawia drugą osobę na piedestale. Ktoś staje na głowie, by życie toczyło się gładko i przyjemnie a partner po prostu załapuje się na ten wózek.”


5 wrz 2017

Ironicznie po raz kolejny - tym razem o przesądach.


   Przesądy i zabobony. Gusła i stare wierzenia. Wczoraj czekałam do drugiej w nocy aż mój mąż wróci z delegacji (jakoś nie potrafię spać, jak go nie ma w domu) i z nudów szukałam w czeluściach Internetu najdziwniejszych przesądów. Bo każdy zna te o pechowej trzynastce, o czarnym kocie i przechodzeniu pod drabiną. A ich o wiele, o wiele więcej. I jasne, nie powinno się w nie wierzyć, ale niektóre tak mnie rozbawiły, że postanowiłam dodać do nich mój komentarz i wam zaprezentować.

   Chcecie mieć dzieci – nie jedzcie sałaty – Angielski przesąd. Cóż… i teraz jestem w kropce, bo ja sałatę lubię i jem ją tak z dwa razy w tygodniu, czy to w kanapce, czy z różnymi zdrowymi dodatkami (najczęściej wtedy, gdy chcę zagłuszyć wyrzuty sumienia po zjedzeniu pizzy i na kolację wciągam fit sałatkę), ale z drugiej strony mały potomek byłby mile widziany, więc… czy kapusta pekińska też się wlicza?

   Pechowe jest dla kobiety poślubienie mężczyzny, którego nazwisko i imię zaczynają się od tych samych liter - również angielski przesąd. Przyznać mi się tutaj zaraz! Kto dobrowolnie przystał na takie nieszczęście? A może zdecydowałyście się zmienić wybrankowi imię w urzędzie stanu cywilnego?

   Jeśli kobieta myje włosy podczas miesiączki, umrze na palącą gorączkę – tym razem to przesąd japoński. Od piątej klasy podstawówki mam okres, od szóstej myję włosy codziennie (wcześniej dojrzewanie mnie nie dotyczyło i mi się nie przetłuszczały. Sic!) Czyli już jakoś od trzynastu lat kuszę los i do dnia dzisiejszego paląca gorączka mnie nie dopadła. Oszukuję przeznaczenie!

   Również Japonia. Jeśli kobieta w ciąży czyści toaletę, będzie miała ładne dziecko – czas chyba zainwestować w nowe środki czystości do toalety.

   Rosja. Nie należy dawać w prezencie szalików, noży i zegarów. Szale oznaczają łzy, noże wrogów, a zegary rozstanie – i już wiecie co dać na prezent osobie, której nie lubicie! A ja chciałam mężowi pod choinkę zegarek kupić, dobrze, że zdecydowałam się zrobić taki wpis na bloga, ustrzegłam się przed rozwodem!

   W Senegalu wierzy się, że nie wolno nikomu wyjawiać swoich planów podróży, bo z wyjazdu nic nie wyjdzie – już wiem, dlaczego do tej pory nie ma mnie na Karaibach… wszystkim mówię o tym jak to bardzo chcę tam pojechać!

   Nie wolno podawać drugiej osobie noża bezpośrednio do ręki, bo będzie się później, z tą osobą, na wojennej ścieżce. Ha, u mnie się sprawdziło! Chociaż noży w swoim życiu podałam wiele, ale jakaś skuteczność jest.

   Twoje małżeństwo będzie nieudane, jeśli:
- twój partner urodził się w tym samym miesiącu co ty – ah, cóż za szczęście, ja się urodziłam w styczniu, mąż mój 30 grudnia. Więc te dwa dni sprawiły, że mamy szansę!
- weźmiesz ślub w urodziny jednego z was – jakie to szczęście, że nie pociągał mnie ślub w samym środku śnieżnej zimy!
- w kościele pojawi się nietoperz i przeleci nad głowami młodej pary – nietoperza było w tym dniu brak. A szkoda, uświetniłby to wydarzenie.

   Nie wolno dzieciom obcinać włosów do 1 roku życia, bo oślepną, albo będą miały problemy ze wzrokiem! – dzięki mamo/tato/babciu/kimkolwiek byłeś, pewnie obcięliście mi nieprzepisowo szybko włosy i dlatego mam taką wadę wzroku.

   Państwo młodzi powinni wracać z kościoła inną drogą niż ta, którą przyjechali, aby nieszczęście pomyliło drogę – o, nieświadomie wywiodłam nieszczęście na manowce! A raczej nie ja, tylko osoby, które tego dnia nas wiozły do kościoła i z wesela do domu.

   Jeśli znajomi przeoczą Cię lub nie rozpoznają na ulicy, to będziesz bogaty – idę jutro do fryzjera, obcinam włosy, farbuję się na rudo, kupuje okulary, zmieniam garderobę i domalowuję piegi. Pies z tym, że będę okropnie wyglądała (wszak męża już mam), finansowo będę ustawiona na lata!

   Jeśli masz włos na ramieniu – oznacza to, że ktoś o tobie myśli – jakże ja się cieszę, że nikt o mnie nie myśli!

   Jeśli masz kołtun na głowie, nie ścinaj go, bo oślepniesz – jeżeli go nie oślepniesz, to dostaniesz zeza od ciągłego patrzenia na niego.

   Pecha ma przynieść podniesienie swojej rękawiczki z ziemi lub podłogi. By pech zamienić w szczęście, trzeba poczekać, by podała nam ją inna osoba, najlepiej bliska – już widzę ten obrazek: ja, luty, dookoła śnieg, stoję na środku ulicy i piszę sms-a do męża albo przyjaciółki, żeby natychmiast tutaj przyjechali i podnieśli mi rękawiczkę, bo mi upadła! Ciekawe które z nich by się pofatygowało.

   Cóż, chyba wystarczy na dzisiaj; pewnie i tak jesteście onieśmieleni tyloma przesądami, wasze życie uległo przez to diametralnej zmianie i z niepokojem patrzycie na swoje ramiona; a nóż widelec znajdzie się tam paskudny włos, świadczący o tym, że ktoś o was myśli?

31 sie 2017

Szkolne wspominki.


   Z okazji nadchodzącego roku szkolnego, który totalnie mnie nie dotyczy, bo z wszelakiej edukacji wyrosłam już dawno, wzięło mnie na wspominki. Niektóre rzewne, niektóre zabawne, inne dość straszne, ale jak chyba każdy po kilku latach mogę powiedzieć – ta szkoła nie była taka zła.

   Do pierwszej klasy poszłam w 1999 roku. Jak to było dawno! Teraz dzieci, które wtedy się rodziły, już dodają milion zdjęć na Instagramie i kurczę, są pełnoletnie! Ja wtedy miałam dwa blond kucyki, niebieski plecak w Dalmatyńczyki, piórnik w Myszkę Miki i pióro zamiast długopisu, bo moja ambitna mama stwierdziła, że będę pisała piórem (nie pisałam.) Umiałam już czytać i pisać, bo nauczyła mnie tego babcia-nauczycielka, więc na lekcjach generalnie się nudziłam. Długo początkową edukacją się nie cieszyłam, bo końcem listopada trafiłam do szpitala, zoperowali mnie i do szkoły wróciłam w okolicach marca. Mama-nauczycielka (tak, i mama i babcia to nauczycielki, a babcia nawet dyrektorka szkoły!), zadbała o to, żebym nie została w tyle i zamiast lenić się popołudniami i wracać do zdrowia, rozwiązywałam z nią ćwiczenia i obie udawałyśmy, że matematyka jest równie przyjemna co polski.

   Właśnie, ta nieszczęsna matematyka… każdy inny przedmiot nie był mi tak straszny, nawet fizykę obroniłam zawsze na mocną czwórkę. Z „królową nauk” natomiast miałam problem, bo po prostu jej nie rozumiałam. Z wyjątkiem tangensów i sinusów, bo te potrafię rozwiązywać do dzisiaj i kompletnie nie wiem, dlaczego mi to wychodzi. Biorąc pod uwagę zdolności matematyczne mojego męża, dziecko będę musiała zapisać na korepetycje już w przedszkolu, żeby nadrobiło.

   Oprócz matematyki, w szkole nie cierpiałam jeszcze jednego. Kanapek. Czyli drugiego śniadania. Do dzisiaj jak widzę bułkę w folii aluminiowej to mi słabo i apetyt zanika mi na pół dnia. Nie wiem czemu mam taki uraz, może w poprzednim życiu zadławiłam się folią aluminiową przemyconą w bułce z szynką i serem? W każdym razie po pierwszej klasie moi rodzice zrezygnowali z domowych śniadań i kupowali mi rogaliki do szkoły. A w gimnazjum przestawiłam się na batony mars i uwierzcie – przez trzy lata, od poniedziałku do piątku, codziennie, w szkole, jadłam jednego marsa. Nie mam urazu, aczkolwiek teraz za nimi nie przepadam.

   O, mam pytanie. Czy u was w gimnazjum też malowanie się było całkowicie zakazane? U nas respektowali to okropnie, wychowawczyni potrafiła wstawić uwagę nawet za podmalowane rzęsy. Gorzej jak ktoś miał swoje długie i ciemne i był codziennie oskarżany o potajemne malowanie się. Zabronione było też noszenie szortów i spódnic krótszych niż te sięgające do kolana; teraz, jak przechodzę koło gimnazjum, z żalem stwierdzam, że przepisy chyba się zmieniły, bo połowa uczennic ma pośladki na zewnątrz a makijażu mają na twarzy więcej niż ja na swoim ślubie. Cóż, czasy się zmieniają.

   A jeżeli mówimy już o wychowawczyniach, to jakoś nigdy nie miałam do nich szczęścia. No, z wyjątkiem podstawówki. Moja wychowawczyni z liceum tak nas nie lubiła (co powtarzała nam na każdej lekcji), że w ramach wycieczki szkolnej wzięła nas na …. Spacer po mieście. Nasze miasto jest malutkie, każdy je zna jak własną kieszeń, nie ma tu żadnych zabytków, ba! w tamtych czasach nawet kino działało tylko w piątki. To była pierwsza i ostatnia wycieczka w ciągu trzech lat.

   Warto wspomnieć jeszcze o maturze, której każdy się boi. Oczywiście, jak większość maturzystów, miałam ambitny plan, żeby od września uczyć się do niej pełną parą. I jak 60% wszystkich odkładałam to w czasie: najpierw przełożyłam ostrą naukę do „po 11 listopada”, potem do „po Świętach”, po feriach, po Wielkanocy, a później uznałam, że i tak niczego się nie nauczę w tak krótkim czasie. Maturę zdałam, nawet nie czułam wielkiego stresu, ot trochę dłuższy i bardziej oficjalny sprawdzian. Zdawałam też rozszerzoną maturę z polskiego i do interpretacji był wiersz „Niech żyje bal”; wiecie, ten, który później śpiewała Rodowicz. Przez pół godziny próbowałam go przeczytać, bez włączania się w mojej głowie muzyki; trudna to sztuka, spróbujcie sami „przeczytać” tekst znanej piosenki.

   Uwierzycie, że na pierwsze wagary poszłam dopiero na studiach? Jak koleżanka raz mnie namówiła na opuszczenie wykładu, tak później często można nas było spotkać w kawiarni, zamiast na wykładzie o ustawodawstwie europejskim.

   Czy chciałabym wrócić do szkoły? Na dzień, może dwa. Na pewno nie na cały rok szkolny. Ale wy, którzy w poniedziałek zaczynacie intensywny rok szkolny, cieszcie się tym czasem. W końcu szkoła jest jak gorzka czekolada. 


24 sie 2017

Są takie książki, których nie wypada nie przeczytać - czyli książka inna niż wszystkie.


   Najtrudniej pisze się recenzje tych książek, które obarczone są stereotypami. I – nie oszukujmy się – jeżeli ktoś słyszy hasło: „powieść oparta na historii”, ucieka zazwyczaj w popłochu. Bo „w szkole nie lubiłem historii”, bo „to takie nudne”, bo „tam nie ma żadnej akcji”. A to wielki błąd, o czym będę starała się was teraz przekonać. Chociaż i tak wewnątrz czuję, że połowa komentarzy pod tą recenzją będzie brzmiała podobnie do: "nie moje klimaty kompletnie, niestety". Cóż, pewnie kilka lat temu sama bym tak powiedziała. Ale im jestem starsza, tym bardziej rozumiem, że warto jest poznać opowieści o tym, co było, bo wtedy łatwiej jest docenić swoje życie. Kiedy zacznie się doceniać to, jak przyszło nam żyć, potrawy zaczną lepiej smakować, a pocałunki z ukochanym staną się słodsze. Nawet zapalenie wieczorem światła zostanie okraszone lekkim uśmiechem, bo przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu na wsiach prądu nie było i czytano przy naftowych lampkach. A kilkaset lat temu czytanie było przeznaczone tylko dla uczonych, wysoko urodzonych, którzy mieli ku temu odpowiednie predyspozycje. Przejdźmy jednak do książki. 

   Do dzisiaj mówi się o wielkich władcach podbijających świat, władających całymi krajami, którzy odchodzili w swoich królewskich łożach w blasku chwały, otoczeni przez bliskich lub którzy umierali bohatersko podczas wojen, broniąc granic ojczyzny. Jednak prawie nigdy nie mówi się o narodzinach tychże władców; momencie, gdy ich strudzone matki, bez względu na to, czy miały tytuły i pieniądze, czy rodziły w otoczeniu sióstr, kuzynek i akuszerek czy samotnie w ciemnym zaułku, wytężały wszystkie swoje siły, by wydać na świat nowego człowieka i dać mu szansę na zapisanie się w dziejach tego świata. Rzadko kiedy wspomina się o ich wysiłku, o życiu, które przypadło im w udziale; jednak mniej jeszcze mówi się o innych kobietach żyjących przed setkami laty. Na palcach jednej ręki można wymienić te z nich, które zapisały się w kartach historii, a przeciętny człowiek wymienić potrafi jedynie Jadwigę i Bonę. No, może i Barbarę Radziwiłłównę, jeżeli uważał na historii. Za mało pamięta się o kobietach, które przecież wcale nie miały wtedy łatwego życia, bo ciągle musiały żyć w cieniu swoich ojców, mężów i synów. O kobietach, które chowały w zimnej ziemi zdecydowanie zbyt wiele swoich dzieci i które nie miały czasu ich opłakać, bo życie toczyło się dalej.

„Dlaczego w opowieści o przeszłości śmierć tak bardzo góruje nad narodzinami? Być może dzieje się tak dlatego, że schodząc z wielkiej sceny historii, jej aktorzy dźwigają na plecach wszystkie lata przeżyte cicho lub w pełnym świetle – i łatwo odróżnić, komu przypadła główna rola, a kto w milczeniu dźwigał swoją halabardę.”

   Anna Brzezińska, kobieta, o której wcześniej nie słyszałam, wgryzła się w karty historii i odgarnęła to, co oczywiste i znane, sięgnęła w jej głąb i stworzyła historię o córkach Wawelu. O królowych, księżniczkach, służkach i pomocnicach, które żyły w czasie wielkich Jagiellonów. Jeżeli zdaje się wam, że ich rzeczywistości wyglądała tak dostojnie, tak dumnie, jak przedstawia się Wawel podczas turystycznych wycieczek, to Brzezińska rozwieje wasze wyobrażenia. Małe księżniczki pisały po ścianach brzydkie słowa, ganiały się po królewskich korytarzach i ze śmiechem omawiały intymne sfery wyrzeźbionych aniołków, mieszczących się w sakralnych miejscach. Królowe, tak ciche i posłuszne według tego, co wiemy, były tak naprawdę podobne do nas – trochę psotne, lekko ironiczne i niezwykle uparte.

   Autorka przedstawiła piękną, zwartą opowieść, tworząc postać Reginy, nic nie znaczącej w świecie chłopki, która trafiła na przedmieścia Krakowa i tam rozpoczęła służbę u mistrza Bartłomieja. Po kilkunastu miesiącach wydała na świat dziecko, którego nie chciała i którego się brzydziła; młodą, zrozpaczoną i bezdomną kobietę przygarnęły ladacznice, które wychowały małą dziewczynkę i traktowały ją maskotkę. I do tej roli nadawała się idealnie, bo Dosia, córka Reginy, była karłem, a jej krótka fryzurka i spiczaste uszy tworzyły z niej prawie elfa. Dziewczynka po latach trafiła na królewski dwór i to właśnie ona jest jedną z głównych bohaterek tej książki. Jedną, bo oprócz niej przez całą historię przetaczają się tłumy niewiast, mniej i bardziej zapamiętanych.

   Brzezińska, wraz z Dosią, przeprowadza nas przez wszystkie aspekty życia ówczesnych niewiast; opowiada o trudnych porodach, o połogach, które trwał czterdzieści dni i w czasie których kobieta nie opuszczała specjalnie przeznaczonej do niego izby, o małżeństwach, które często były zawierane wbrew woli oblubienicy i o śmierci, która jako jedyna w tamtych czasach, wszystkich traktowała po równo.

 „Córki Wawelu” to przepiękna historia o bólach, rozpaczy, o radościach i szczęściu. To wyszywany ludzkimi życiami arras, w który wplecionych są setki kobiet, które kiedyś tam żyły i które – pośrednio – tworzyły naszą ówczesną historię. Zepchnięte z piedestału, niedoceniane, upchnięte w cień starały się czerpać ze swojego życia jak najwięcej. Niektóre rodziły królów, dorastały wśród możnowładców inne były mniej warte niż dojna koza. Ale dzięki Annie Brzezińskiej przez pięćset stron pamięć o nich powróci, chociaż na chwilę. I może niekiedy ktoś zapłacze cicho nad ich losem, może ktoś przez chwilę poczuje dumę, że takie kobiety były. Istniały. Tworzyły historię. 

„Wciąż czuję w ramionach ciężar mojej małej królewny […]. Martwe dziecko jest cięższe niż wszystkie ludzkie grzechy.”


Książka pojawi się w księgarniach 14 września.