24 lip 2017

Krótka historia Twojej rodziny


Nie ma początku, środka ani końca, nie ma sensacyjnej fabuły, morału, przyczyn ani skutków.

   Tajemnica jestestwa poruszana jest od kilkunastu wieków, kiedy ludzie zaczęli być na tyle rozwinięci, aby zadać sobie fundamentalne pytanie: „Skąd się wziąłem?”. Och, jasne, wzięliśmy się z naszych rodziców, ale co zadecydowało o tym, że akurat ten plemnik trafił na tą – a nie inną komórkę jajową – i że wszedł z nią z tej konkretnej strony, powodując oryginalne, jedyne i niepowtarzalne tasowanie dwoma łańcuchami DNA, co w efekcie spowodowało nic innego a narodziny… Ciebie.

   Gdyby Twoi rodzice kochali się w środę, zamiast we wtorek, gdyby spóźnili się kilka godzin, bo akurat utknęliby w korku, gdyby … to wtedy nie urodziłbyś się Ty, drogi czytelniku, ale całkiem inna osoba. Tajemnica tego procesu jest tak absurdalna, jeżeli głębiej się nad tym zastanowić, że aż mrozi krew w żyłach. Czy gdyby ludzie byli świadomi, że swoim działaniem mogą zmienić cały bieg historii – bo gdyby nie pewien romantyczny wieczór przy blasku świec, albo gdyby nie suto zakrapiana impreza w czasie studiów – poprzez poczęcie nowego człowieka, który odbije swój ślad na reszcie ludzkości, to czy nie ogarnąłby ich paraliżujący strach?

   „Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli” to jedna z tych pozycji, które należy przeczytać. I robi się to z wielką przyjemnością. W końcu jest to książka o mnie, o Tobie, o wszystkich Twoich przodkach i o potomnych, których zostawisz po sobie. W pierwszej części autor – który ma wspaniale lekki język, co jest zbawienne przy poruszaniu tak trudnych i ciężkich tematów – opisuje to, co było. Skąd wzięli się ludzie? Jak to się stało, że pewna małpa postanowiła zejść z drzewa, chwycić kamień i zrobić z niego pierwsze narzędzie, będące furtką do późniejszego rozwoju. Dywaguje nad tym, czy był moment przełomowy, dzień, kiedy wszystko się zmieniło, punkt zwrotny w historii ziemi? Czy raczej stawało się to powoli, niezauważalnie, co dzisiaj dla mnie zdaje się absurdem, bo musiał być moment, gdy w końcu przemówiono i powiedziano i zrozumiano słowo „ja”.

   Pewien człowiek - który 40 tysięcy lat temu mieszkał w miejscu, które dzisiaj brane jest za terytorium Niemiec – umarł. Normalna kolej rzeczy, taki los czeka nas wszystkich, chyba że magicznym sposobem znajdziemy eliksir na przedłużenie funkcjonowania naszego organizmu. Został pochowany przez swoich bliskich, przynajmniej tak lubię myśleć, bo gdyby pochowali go obcy ludzie, to byłoby to niezwykle smutne w jego historii. I zapewne jego kości zamieniłyby się w proch i nikt ze współczesnych o nim nie słyszał, ale jakimś zrządzeniem losu jego ciało zachowało się i zostało odkryte w XIX wieku i stał się on „neandertalczykiem numer 1” i do niego porównywano wszystkie później odkryte ludzkie szczątki. Z pewnością nie był on świadomy tego, co stanie się z jego ciałem, nie myślał przyszłościowo, przez myśl mu nie przeszło, że kiedyś inni ludzie będą badali jego DNA. Było to zbyt abstrakcyjne myślenie, szczególnie dla człowieka, który skupiał się na tym, że zdobyć pożywienie, ogrzać się i spłodzić dzieci.

   Słyszeliście zapewne o dżumie, czarnej śmierci, która w średniowieczu zdziesiątkowała Europę, omijając jakimś cudem terytoria obecnej Polski. W 2014 roku kilku naukowców postanowiło sprawdzić, czy bakteria wywołująca tą chorobę – Yesienia – odbiła piętno na ludzkim DNA. Wyniki pokazały, że u mieszkańców, którzy pochodzą z terenów, gdzie kiedyś dżuma zataczała swoje kręgi, faktycznie w DNA można znaleźć receptory mające związek z tą bakterią. Z kolei u ludności, która pochodzi z miejsc, gdzie czarna śmierć nigdy nie dotarła, brak jest takiego śladu. Tak więc to, kim jesteśmy i jacy jesteśmy jest efektem nie tylko historii ludzi, ale i historii bakterii, które rozwijały się równocześnie z nami.

   Uważacie, że drzewa genealogiczne są prawdziwym przedstawieniem waszych przodków? Idąc tym tropem – czyli mamy dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków – okazałoby się, że w XVIII wieku mielibyśmy już 137 438 953 472 przodków, co jest niemożliwe, ponieważ ani wtedy, ani teraz, nie ma tylu ludzi na świecie. Rodowody więc, kilka pokoleń wstecz, zaczynają się ze sobą splatać i nie przypominają drzew a raczej sieci rybackie, które się przenikają, łączą i rozdzielają na chwilę, aby po kilkuset latach dalej do siebie powrócić. Badania DNA pokazały, że ledwo 600 lat temu wszyscy żyjący obecnie Europejczycy mieli jednego wspólnego przodka. Inaczej mówiąc, pod koniec XIII wieku żyła osoba, która jest przodkiem każdego z nas. Widzicie, jaka z nas piękna rodzina?

   Część druga książki dotyczy tego, kim jesteśmy teraz. Autor dywaguje nad tym, czym jest tak naprawdę rasa, jaki jest nasz los i do czego z czasem zmierzamy. Czy są miejsca w łańcuchu DNA, które odpowiadają za geniusz, za zdolności, za … bycie maniakalnym mordercą? Czy mamy jakikolwiek wpływ na to, kim jesteśmy? Czy wychowanie stoi w opozycji do naszej naturalnej natury, zapisanej w genach?

   Serdecznie polecam wam tą książkę – być może będzie wydawała się na początku zbyt trudna, zbyt skomplikowana, ale nie minie kilka stron a zaczniecie zatapiać się w historię, która dotyczy nie tylko miliona ludzi, ale i was samych. A warto poznać samych siebie, prawda?


21 lip 2017

Cechy idealnego mężczyzny


   Dawno już nie miałam czasu, żeby porządnie pobuszować sobie po Internecie, znaleźć jakiś dziwny ranking bądź badanie, które pozornie określa ludzi i poironizować na ten temat na blogu. Wczoraj jednak dopadła mnie bezsenność i przeglądając dziwne internetowe strony znalazłam artykuł o tym, jakie cechy powinien mieć mężczyzna idealny. Autorka tekstu dodała, że jeżeli znajdziemy przedstawiciela płci przeciwnej z takim zestawem cech, to nie możemy go wypuszczać z rąk. Jako dobra koleżanka, która już czas męskich łowów ma za sobą, przedstawię wam te cechy z moim lekko ironicznym komentarzem. Bo przecież nie możemy popadać w patetyczne tony.

   Cecha 1. Kiedy na ciebie patrzy, poświęca ci całą uwagę – i nawet kiedy pędzi na ciebie rozpędzony samochód albo wściekły rosomak planuje rzucić ci się na plecy, twój kochany tego nie zauważy i nie uratuje ci życia, ponieważ jest zbyt zajęty patrzeniem w twoje oczy.

   Cecha 2. Jest miłym facetem, ale nie idzie na łatwiznę – hm, nie bardzo rozumiem połączenie bycia miłym z pójściem na łatwiznę. Podświadomie rozumuję to tak, że mężczyzna jest miły i sympatyczny, ale zamiast po prostu cię poderwać, traktuje cię jak zwykłą znajomą i czeka aż sytuacja w jakiś sposób się wyklaruje – przecież zaproszenie kobiety na kawę jest zbyt proste.  

   Cecha 3. Ma cel i jest cierpliwy – spokojnie, jak powiedział, że kiedyś naprawi lodówkę, to znaczy, że to zrobi. Jest cierpliwy i spokojnie przeczeka te kilka tygodni aż mu się zechce zejść do piwnicy po niezbędne narzędzia. To twój problem, kobieto, że ty jesteś niecierpliwa i narzekasz, że nie masz gdzie trzymać mięsa na kotlety.

   Cecha 4. Ma bardzo ambitne marzenia, ale stąpa twardo po ziemi – czyli, że ma marzenia, ale ich nie spełnia, bo wie, że to bez sensu?

   Cecha 5. Potrafi gotować – czy zagotowanie wody na kawę się liczy? Bo jak nie to biada wam dziewczyny, kucharzy niby jest wielu, ale kandydatek na żony kucharzy jeszcze więcej.

   Cecha 6. Uprawia sport – kwestia sporna, niektórzy za sport uważają wędkarstwo a przecież tam się zbytnio ruszać nie trzeba.

   Cecha 7. Jest błyskotliwy, ale nie zarozumiały – zarozumiałość połączyłabym bardziej z pewnością siebie a błyskotliwość z osobistym urokiem. Znowu nie zrozumiałam, co autorka miała na myśli. Kurczę, chyba muszę się zapisać na jakieś kursy doszkalające.

   Cecha 8. Ma poczucie humoru – o ile jest to zdrowe poczucie humoru. Nie wiem czy taki Wardęga i jego psio-pająk mają delikatny i subtelny żart. Nie chciałabym wstać rano i zobaczyć anakondę wyłożoną obok mnie; chociaż z drugiej strony taki zastrzyk adrenaliny z rana byłby może zbawienny dla mojego organizmu?

   Cecha 9. Mówi ci, że cię kocha, mimo… - autorka felietonu nie sprecyzowała mimo czego. Może mimo tego, że spakował walizki, sprzedał wasz samochód i wyprowadził się do dziewiętnastoletniej kochanki? Albo przyprowadził do domu trójkę nieślubnych dzieci, których się dorobił na wieczorze kawalerskim swojego kolegi z liceum trzy lata temu, ale przecież cię kocha i taka mała zdrada nie powinna stanąć wam na przeszkodzie waszej miłości.

   Cecha 10. Jest gotów ustąpić, byle się nie kłócić – „dobra kochanie, możesz sprzedać moją nerkę temu meksykańskiemu dilerowi kokainy, ale weź już się ze mną nie kłóć, dobrze?”

   Cecha 11. Jeśli potrzebujesz pomocy, możesz na niego liczyć – jeżeli nie potrzebujesz pomocy, to na niego nie licz.


   Cecha 12. Bez ciebie jego życie nie ma sensu – czyli jest tak do ciebie przyzwyczajony, że jak wyjeżdżasz w delegację na trzy dni to wisi na walizce i cały we łzach krzyczy, żebyś zabrała go ze sobą. Bo przecież się zatęskni na śmierć!

   A jeżeli nie znacie takiego ideału to mam dla was zdjęcie Chrisa Hemsworth'a. A napatrzcie się, co będziecie sobie żałować!


19 lip 2017

"Kochając pana Danielsa" - książka, która porwała tłumy, mnie przygwoździła do ziemi.


   Kilka miesięcy temu cała blogosfera zachwycała się książką „Kochając pana Danielsa”. Długo zabierałam się za to, żeby kupić ten tytuł, ale nigdy nie było mi z nim po drodze i dopiero w ubiegłym tygodniu dorwałam ją w empiku. Byłam przekonana, że podobnie jak wy, będę zachwycona i zauroczona historią, jaka rozegrała się na kartach powieści. Cóż… ja to chyba zawsze muszę płynąć pod prąd.

   Zacznijmy od fabuły. Ashlyn straciła swoją siostrę bliźniaczkę, która zmarła w wieku, w którym zdecydowanie nie powinno się umierać. Jej matka zamiast pomóc jej przejść przez żałobę, odtrąciła ją i dziewiętnastolatka trafiła do obcego miasta, gdzie zajął się nią ojciec, którego rola w jej życiu przez wiele lat sprowadzała się do wysyłania upominków z okazji świąt. Na miejscu okazało się, że mężczyzna, który powinien stronić od modelu tradycyjnej rodziny, mieszka z kobietą i dwójką jej nastoletnich dzieci i świetnie sprawdza się jako ojciec. Dla Ashlyn ta wiadomość była jak kolejne wbicie ostrza prosto w serce (patetyczny ton książki mi się udzielił, nie ma co.)

   W międzyczasie dziewczyna poznaje Daniela, który przypominał mi od samego początku pana Darcy’ego; wiecie, taki doskonały, dorosły, ale równocześnie słodki i wstydliwy. Połączyła ich żałoba – ona tęskniła za siostrą, on za rodzicami, którzy zmarli w niewielkich odstępach czasu. I w tym momencie powieść mogłaby się skończyć marszem weselnym, ale jak to w amerykańskich historiach bywa, wszystko musiało się pokomplikować. Okazało się, że Daniel jest nauczycielem Ashlyn i że muszą ukrywać swoją miłość; szczególnie, że jej ojciec był dyrektorem szkoły i z łatwością mógłby przyuważyć, że miziają się ukradkiem w czasie przerw.

   Mimo, że ona miała lat 19 a on 22, to było to wielce niestosowne, żeby się umawiali – w naszej rzeczywistości taka różnica wieku nie jest niczym szczególnie rażącym. Mnie samą dzieli taka różnica wieku od męża! Jasne, mogła po prostu zmienić szkołę, klasę lub zrezygnować z tych konkretnie zajęć, ale tej opcji jakoś nie wzięła pod uwagę. A znała na pamięć dzieła Szekspira, więc zakładam, że była inteligentną osobą.

„Kocham cię powoli. Kocham cię głęboko. Kocham cię szeptem. Kocham cię zapamiętale. Kocham cię bezwarunkowo. Kocham cię czule i ostro, wolno i szybko. Poza czasem i na zawsze. Kocham cię, ponieważ po to się urodziłem.”

Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się po tej książce czegoś więcej; dodatkowo zirytował mnie wątek z tym, że zmarła siostra zostawiła swojej bliźniaczce listę rzeczy do zrobienia. Przecież to już było i to tak bardzo kojarzy się z „Ps. Kocham cię”, jak biała sowa z Harrym Potterem. Może jestem niewdzięcznym czytelnikiem, ale uważam, że pewnych motywów, które są bardzo charakterystyczne, nie powinno się powielać, bo powoduje to – jak tutaj – lekki niesmak.

   Drugim minusem była dla mnie zbytnia ckliwość. Pokażcie mi jedną realną parę, która rozmawia w taki sposób jak Ashlyn i Pan Daniels, to obsypię was miedziakami. Jasne, niekiedy zdarzają się bardziej lub mniej romantyczne momenty, ale u nich takie rozmowy były na porządku dziennym. Jednorożce tańczyły żwawo po kolorowej tęczy a ze złotego kociołka wylewały się psotne stworki, trzymające w rękach słodziutkie serduszka. Bleh.

   Skupiając się na plusach, mogę wymienić postać Ryana, chłopaka, dla którego ojciec Ashlyn był ojczymem. Pogodny nastolatek, który miał swoje potwory, skrywane głęboko pod warstwą beztroski i poczucia humoru. Mimo, że był to bohater drugoplanowy, bardzo mi się przypodobał i z chęcią przeczytałabym powieść o nim, jako głównym bohaterze. Chociaż taka prawdopodobnie nigdy nie powstanie, biorąc pod uwagę to, co stało się w „Kochając pana Danielsa.”

   Reasumując, jak zwykle, okazało się, że książka, która porwała tłumy, mnie przygwoździła do ziemi. Nie poczułam tej magii, nie ruszył mnie romantyzm opisany w książce, nie byłam zachwycona kreacjami głównych bohaterów. Miłość Ashlyn i Daniela mogłaby spokojnie się rozwijać, gdyby tylko podjęli jedną inną decyzję. Cóż, nie moja bajka, ale skoro zawiodłam się już na kochanej przez tłumy Collen Hoover, to czemu nie miałabym się zawieźć na „Kochając pana Danielsa”?

„Znacie takich ludzi, z którymi nie widzieliście się całe wieki, a kiedy znowu ich spotykacie, czujecie, jakbyście się w ogóle nie rozstawali? Trzymajcie się ich.” 

18 lip 2017

Wróciliśmy z podróży poślubnej.

Portret ślubny.


   Wróciliśmy z podróży poślubnej do rzeczywistości; trudno jest się przestawić na normalny tryb życia, kiedy przez ponad tydzień miało się czas na lenienie się i niespieszne spędzanie wspólnie czasu. Zdecydowaliśmy odpuścić sobie gorące i piaszczyste greckie plaże i zamiast tego udaliśmy się do rodzimego Krakowa i górzystego Zakopanego.

   W Krakowie wynajęliśmy sobie piękny apartamencik, zwiedziliśmy najważniejsze punkty tej dawnej stolicy – mój mąż po raz pierwszy był na Wawelu! Wieczorami odwiedzaliśmy krakowskie knajpy i kina studyjne – nie miałam pojęcia, że na rynku głównym znajdziemy kino, gdzie bilet na premierę kosztował tylko 12 złotych. Obejrzeliśmy „Baby drivera” i muszę przyznać, że mimo, że film jest dziwnie niepokojący, to daje wiele do myślenia. No i ta muzyka! – jeżeli chcecie uzupełnić swoją playlistę o dobre kawałki, to koniecznie wybierzcie się na to do kina.

   Byliśmy w pokoju pełnym motyli, w labiryncie luster a nawet w Dziurawym Kotle – niestety w tym ostatnim miejscu srogo się zawiedliśmy. Klimatu Harry’ego Pottera było tam jak na lekarstwo, poza tym cała karta dań złożona była ze słodkości a za nimi za bardzo nie przepadamy. Siedzieliśmy na rynku podczas wielkiej ulewy i nigdy wcześniej nie byłam tak zachwycona deszczem! Obejrzeliśmy kawałek Kazimierza, ale dokładne zwiedzanie przełożyliśmy sobie na kolejny raz, bo faktycznie – żeby poczuć jego magię, trzeba poświęcić mu cały dzień.

   Zamiast pamiątek zafundowaliśmy sobie pierwszy rodzinny portret – karykaturę wykonaną przez ukraińskiego artystę, który był zafascynowany brodą mojego męża do tego stopnia, że nawet zrobił mu zdjęcie, żeby móc go malować w domowym zaciszu. Powinnam być zazdrosna?

   Później ruszyliśmy do Zakopanego – nie ma lepszego miejsca w całej Polsce, przynajmniej dla nas. Cudowne góry, nieziemski klimat, krystaliczne powietrze. Naprawdę w takich miejscach człowiek czuje, że żyje i to na pełnej parze. Z apartamentu (dogadzaliśmy sobie, a co!) mieliśmy widok na Giewont i tylko pięć minut piechotą na Krupówki. Mój mąż zjadł ogromnego szaszłyka, na którego miał ochotę od ponad półtora roku, kiedy dostrzegł go po raz pierwszy. Ja zajadałam się pyszną pomidorówką i oscypkami z żurawiną. Było cudownie, sielsko i anielsko. Byliśmy na Gubałówce, żeby rozruszać zastane mięśnie a drugiego dnia ruszyliśmy nad Morskie Oko, skąd zdecydowaliśmy się przejść na Dolinę Pięciu Stawów. Wspominałam, że mam lęk wysokości? Nie? Otóż mam i najbardziej objawia się to na stromych zejściach, które łączyły obie doliny. Wchodzić pod górę mogę, chociaż kilka postojów musieliśmy zrobić, ale zejście to coś okropnego – mam wtedy zawsze wrażenie, że spadam i przepowiadałam już mężowi, że jeszcze chwila a zostanie młodym wdowcem a moje ciało wpadnie w przepaść i obrośnie w trawę, którą kiedyś zjedzą puchate owieczki.

   Przy okazji okazało się, że nie mamy pojęcia, co oznaczają kolory poszczególnych szlaków – byliśmy przekonani, że czarny szlak jest najtrudniejszy, niebieski zaś to średni poziom trudności. Laicy z nas, teraz mi wstyd za moją niewiedzę. Wracając z Doliny Pięciu Stawów zielonym szlakiem, zastanawialiśmy się, dlaczego nie jest on banalnie łatwy. Ha! Teraz już wiem, dlaczego inni patrzyli na nas dziwnie, kiedy głośno o tym dyskutowaliśmy.

   Co było najcudowniejsze w naszej podróży poślubnej to wieczory, kiedy tak po prostu, po kumpelsku sobie gadaliśmy. I – mimo, że trochę już ze sobą jesteśmy i znamy się ponad dziewięć lat – tych tematów było tysiące. Gdyby nie to, że góralski chłód przeganiał nas do środka, pewnie siedzielibyśmy tak do białego rana. I jakby głupio to nie zabrzmiało, z własnym mężem rozmawia się inaczej. Jakoś dziwnie, metafizycznie, rozmowa, nawet ta pozorna, ma więcej znaczenia, jest ciekawsza, zabawniejsza, inna. Wyjątkowa.

   Od dwóch tygodni jestem zagorzałą ambasadorką małżeństwa, bo to najlepsza rzecz jaka mi się w życiu przydarzyła. A teraz wracam do czytania, żeby na nowo zarażać was miłością do książek! Nowa recenzja już na dniach! 

7 lip 2017

I po ślubie.



   Od kilku dni jestem żoną. I wiele osób pyta mnie jak czuję się, jako mężatka. Odpowiadam, że nie wiem. Fakt, czuję się bardziej stabilnie, pewnie i może trochę bardziej szczęśliwsza, ale jak ubrać to w słowa, żeby nie zabrzmiało to zbyt patetycznie? Jak przy winie powiedzieć koleżankom, że w momencie, gdy wypowiadało się słowa przysięgi dookoła nie było nikogo innego, tylko on? I że każde słowo, nawet banalna i nic nieznaczące „i” miało wtedy wielką wartość i płynęło z samej głębi mnie?

   Pewnie chcecie wiedzieć, jak było na ślubie. Już spieszę wam z odpowiedzią. Po pierwsze, padał deszcz, który mnie uspokajał, chociaż zwykle mnie irytuje. Po drugie, moja świadkowa spóźniła się na ubieranie mojej skromnej osoby, bo pękła jej sukienka i w efekcie wystąpiła w mojej bluzce z wieczoru panieńskiego (a mówiła, że ją sobie kiedyś pożyczy!). Po trzecie, florystka okropnie przyozdobiła kościół i wzięła za to niebotyczą sumę pieniędzy. Po czwarte, ksiądz (rodzina do Młodego, nie żeby ktoś obcy) pomylił moje imię. Po piąte, musieliśmy czekać przeszło pół godziny na rosół. Ale wiecie co? To wszystko było tak mało ważne, że aż śmieszne. Pewnie w piątek przed ślubem, gdybym o tym wiedziała, to rwałabym sobie włosy z głowy i zanosiłabym się histerycznym płaczem.

   Prawdą jest to co mówią osoby po ślubie – kiedy stoi się przed ołtarzem, cała reszta się nie liczy. Nie rejestrowałam w ogóle gości w kościelnych ławkach, nie miałam pojęcia, że czyjeś dziecko biegało przez całą mszę, ani że deszcz kapał sobie radośnie w kościelne okna. W czasie wesele też nie rejestrowałam wszystkich niuansów – były oczywiście osoby, które kręciły na wszystko nosem, które były niezadowolone, ale umknęły mi i dopiero później dochodziły mnie słuchy o ich małych przebojach. Ale kto by się tym przejmował?

   To był wspaniały dzień. Piękny ślub w towarzystwie najbliższych mi osób. Miałam na sobie suknię, o której marzy każda dziewczynka a przed sobą mężczyznę, którego chciałaby każda kobieta. Za mną stała osoba, która z mojego szczęścia potrafi cieszyć się bardziej niż ja. Mężowi świadkował jego brat, który był przejęty swoją rolą, chociaż starał się zachować kamienną twarz. Na weselu tańczyłam z moimi kolegami, którzy też już pozakładali rodziny, którzy tak jak ja – dorośli, ale nadal pamiętamy dawnych siebie, jak za młodych czasów wypalaliśmy pierwsze papierosy i próbowaliśmy, jak smakuje whisky. Mój chrześniak – zaledwie pięciomiesięczny – świetnie zniósł całą imprezę i wytrzymał aż do wczesnej nocy. Moja Kasia ze studiów złapała bukiet – idealne zrządzenie losu, bo już w kwietniu bierze ślub, więc tutaj przepowiednia oczepinowa jak najbardziej się sprawdzi. Kasia, która śpiewała dla nas w kościele dała nam przepiękną kartkę na pamiątkę a fotograf zrobił przepiękne zdjęcia, które na razie widziałam tylko na wyświetlaczu aparatu i czekam na pierwsze gotowe fotografie.

   To był piękny ślub. Piękne wesele. My byliśmy piękni. Cudowne było to, że potrafiliśmy się bawić, śmiać i zapomnieć. A teraz, aż do końca mojego – naszego – świata, będę zasypiała u boku najlepszego faceta na świecie. I możecie mi zazdrościć, bo jest czego. 

27 cze 2017

Osiem złotych rad mężatki.


   Kochane, kochani! Po raz ostatni piszę do was jako panienka! W ogólne nie czuję, że za cztery dni zostanę żoną; mam wrażenie, jakbym szła do kogoś na wesele, tylko więcej niż zwykle jest na mojej głowie. Wczoraj mieliśmy próbę w kościele (co oznacza po prostu, że ksiądz informował nas, kiedy mam stać, kiedy klęczeć, kiedy podchodzić i kiedy się całować – można!) i moja koleżanka Kasia, która będzie śpiewała na ślubie miała próbę. Na samo wspomnienie tego jak śpiewała znowu chce mi się płakać – siedziałam w kościele, łzy mi płynęły ciurkiem i się zastanawiałam jak ja sobie dam radę w sobotę – spłynie mi cały makijaż. Chyba trochę tego wzruszenia bierze się z tego, że wiem, że będzie śpiewała mi bliska osoba, ktoś, kto życzy nam dobrze, kto chce nam pomóc sprawić, żeby ten dzień był najpiękniejszy.

   W każdym razie, wrócił ostatnio mój ślubny notes – wskazówki, które dostałam od was, jak wytrwać w małżeństwie i co zrobić, żeby być dobrą i mądrą żoną. Żebym zawsze miała je przed oczami, zebrałam je w dziesięć przykazań mężatki:

   Magia. Żadne małżeństwo nie obędzie się bez szczypty magii; wiecie to jak z Harrym Potterem. To byłby miły i sympatyczny angielski chłopiec, jednak gdyby nie magia to któż by o nim usłyszał? Nikt, pozostałby w swojej komórce pod schodami i nikt by nie trzymał kciuków w jego walce z wielki złym czarodziejem bez nosa.

   Wiara. „Jeśli pragniesz, musi wierzyć. Jeśli wierzysz, to już coś” – kochana, dziękuję ci za te słowa, będę miała je w pamięci, na pewno! I w ramach tego cytatu wierzę, że w końcu dostanę susła!

   Jedzenie po weselu. To z pewnością była najbardziej pomocna rada w całym notatniku! Angela poradziła mi, żebym – gdy goście już się rozejdą – wzięła sobie na talerzyk trochę jedzenia i zabrała je do pokoju. Ponoć rano będziemy tak głodni, że będziemy chcieli jeść tynk ze ścian – a lepiej nie niszczyć pokoju w lokalu.

   W złych chwilach przypomnij sobie pierwszą randkę. Wtedy mam przestać ziać złością i znowu zacząć kochać swojego męża.

   Sernik. Od rewelacyjnej Magdy otrzymałam przepis na małżeński sernik, który piekła jej mama i babcia – obie szczęśliwe żony. Obiecuję uroczyście, że w poniedziałek po ślubie zakasam rękawy i upiekę swój pierwszy w życiu sernik. Co by umocnić świeże małżeństwo.

   Piwem mąż się nie zatruje!

   Kompromis jest najważniejszy, co stwierdziła aż szóstka z was.

   Rozmawiajcie. Z mężczyzną to z reguły jest ciężko rozmawiać, bo oni się zamykają w sobie i siedzą w jaskini, nie dopuszczając do siebie reszty świata. Ale mimo to trzeba walić głową w ten mur, bo – patetycznie i podniośle ironizując – on będzie czuł, że ty w ten mur głową walisz. I będzie o tym pamiętał, kiedy będzie gotowy porozmawiać.

   Odezwę się już jako pani Kot. Ha, na pewno nie przyzwyczaję się do nowego nazwiska. A dla osłody, że tracicie panienkę ze swojego grona – i po ślubie będę was kochać!


19 cze 2017

Niektórych wojen nikt za nas nie wygra - Wonder Women.


   Zwykle w filmach, książkach i serialach porusza się temat II wojny światowej; ta pierwsza jest jakby zapomniana, zepchnięta na dalszy plan, pozostająca w cieniu. Kiedy więc okazało się, że najnowszy film DC, opowiadający o super bohaterce porusza tematykę I wojny światowej – Wielkiej Wojny – jak wtedy o niej mówiono, stwierdziłam, że muszę to zobaczyć. Nawet jeżeli szczerze nie lubię DC.

   Diana to kobieta niezwykła; córka królowej Amazonek i samego Zeusa. Całą młodość spędziła na pięknej, rajskiej wyspie, gdzie czas stanął w miejscu. Nie znano tam elektroniki, technologii; kobiety – bo wyspę zamieszkiwały tylko one – dniami i nocami trenowały sztuki walki, aby być gotowe na odepchnięcie ataku ich największego wroga, gdy znowu się pojawi. Owy bóg – Ares – zatruwał ludzkie umysły nienawiścią i złem, sprawiając, że zaczęli mordować siebie nawzajem i niszczyć swoją planetę. Po wielkiej bitwie, jaką stoczył ze swoim ojcem, zniknął gdzieś, zaszył się w czeluściach niewiadomych miejsc.  A przynajmniej tak Amazonkom się wydawało…

   Poza wyspą, w prawdziwym świecie toczyła się Wielka Wojna, w której udział wzięło kilkanaście państw. Ginęły miliony a młoda, utalentowana chemiczka, pracująca dla Cesarstwa Niemieckiego, stworzyła zabójczy gaz, który niszczył również maski przeciwgazowe. Angielski szpieg, Steve, wykradł jej notatnik i postanowił zapobiec śmierciom kolejnych niewinnych. W toku kilkunastu wydarzeń, o których nie będę wam pisała, bo lepiej to zobaczyć, niż przeczytać, Steve i Diana płyną do Londynu, aby zapobiec dalszemu rozlewowi krwi.

   Jeszcze w drodze do kina, narzeczony zarzucił mi, że film z góry mi się spodoba, bo nie dość, że jest o kobiecie, to jeszcze został przez kobietę wyreżyserowany. W efekcie miał rację, chociaż nie byłam od początku pozytywnie do niego nastawiona – Batman i Supermen obrzydzili mi świat DC i do Wonder Women podchodziłam jak pies do śmierdzącego jeża – niby wydawało mi się to niezbyt sympatyczne, ale obejrzeć nie zaszkodzi. Diana jako superbohaterka nie była złożona z samych superlatywów. Gubiła się we współczesnym świecie, była dość naiwna i uważała się za osobę niepokonaną a przez to była dość wyniosła; jednak jej nieporadność, wiara we własne przekonania i chęć czynienia tego, w co ślepo wierzy sprawiły, że polubiłam ją całym sercem. Nie będę wspomniała już, że Gal Gadot- odtwórczyni głównej bohaterki - bardzo mi się spodobała pod względem fizycznym, bo prawie mężatce nie wypada chyba wspominać, że inna kobieta jej się diablo podoba (ale kurczę, spójrzcie tylko na jej buzię! I ciało!).

   A skoro o aktorach już mowa, nie można nie wspomnieć o czymś, co zachwyci fanów Harry'ego Pottera; wspaniała, zaskakująca rola Davida Thewlis'a, czyli Remusa Lupina, dla tych mniej znających się na nazwiskach odtwórców ról. Tym razem aktor pokazał swoje bardziej mroczne oblicze i trzeba przyznać, że świetnie sobie poradził. 


   To obraz, który pokazuje drugie oblicze wojny – ludzi różnych ras i narodowości, którzy starali się jakoś przeżyć te bestialskie lata. Indianina, który postanowił nie walczyć w obcej wojnie, ale który był ciągle obok; Anglika, który co noc walczył ze swoimi duchami i mrokami oraz Turka, który chciał zostać aktorem, ale przeszkodził mu w tym kolor skóry, więc poszedł na front. Ta zgraja obszarpańców znalazła swoje miejsce przy Dianie i Stevie, którzy – choć diametralnie różni, mieli jedną wspólną cechę – dobro innych było u nich wartością nadrzędną.

   Nie brak w tym filmie epickich scen; jedną z nich jest ta, gdy Diana wychodzi z okopów a za nią biegną żołnierze, w których nagle, zupełnie niespodziewanie, wstąpiła nadzieja, że tę wojnę można wygrać. Patty Jenkins, reżyserka, z gracją i wdziękiem połączyła ze sobą greckie mity i współczesne, bardziej mroczne czasy. W filmie tym dochodzi do zderzenia dwóch światów a wynik tej eksplozji jest piękny i dostarcza widzowi wielu mądrych odczuć; ja osobiście po seansie zrozumiałam, że w co bym nie wierzyła, muszę robić to z całej mocy i do końca, chociażby cały świat pukał się w czoło i wątpił w moje możliwości. Bo niektórych wojen nikt za nas nie wygra. 

Reżyseria: Patty Jenkins

Scenariusz: Allan Heinberg

Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, David Thewlis

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Kraj: USA, Chiny, Hongkong

Data polskiej premiery: 2 czerwca 2017  

13 cze 2017

Niedoskonałość. Perfekcja.


Inspiracja. Proponuję włączyć podczas czytania. 


   Ludzie są niedoskonali. Mamy wspaniałe ciała, które potrafią wiele znieść, mamy pojemny mózg, który pozwala nam tworzyć ciągle coraz lepszy świat, mamy wielką wyobraźnię, która ciągle popycha nas naprzód. Ale jesteśmy w swojej wielkości bardzo niedoskonali; zapominamy często o tym, co jest najważniejsze, gonimy za swoimi marzeniami, a kiedy w końcu je dogonimy, przechodzimy nad nimi do porządku dziennego, spoglądając na nie z równym zapałem co na paczkę płatków kukurydzianych.

   Od małego marzysz o rodzinie, o swoim miejscu na świecie, o ramionach, w które będziesz mogła się wtulić, gdy przyjdzie gorsza chwila. Marzysz o magii, o odrobinie uczucia, które przez lata widzisz tylko w filmach i o których czytasz w książkach. Śnisz po nocach o pięknej miłości, wielkim uczuciu, z pięknym muzycznym kawałkiem w tle. Łkasz w chusteczki oglądając Bridget Jones, Pretty Women czy inne romansidło. Uważasz, że taka miłość jak między Derekiem a Meredith z „Chirurgów” nie ma szans się odbyć w rzeczywistym świecie.

   Gonisz za utopią, obijasz się o przeszkody, byleby tylko zdobyć coś, w istnienie czego nawet nie wierzysz. A później zdobywasz to. Piękny to moment, gdy mężczyzna klęczy przed tobą i zakłada ci na palec zaręczynowy pierścionek, prosząc cię, żebyś została jego żoną. Przepełnia cię wtedy euforia, nie możesz usiedzieć w miejscu, masz ochotę skakać, podzielić się z każdym swoim szczęściem a jednocześnie zamknąć się z przyszłym mężem – jak egzotycznie to brzmi! – w mydlanej bańce i trwać w tej beztrosce jak najdłużej.

   Bańka niestety pęka, dopada was codzienność i przychodzi czas, jednak zaczynacie planować wasz ślub i unosicie się nadal kilka centymetrów nad ziemią wybierając salę, orkiestrę, fotografa i uśmiechając się do siebie uroczo, rozmyślając jaki to będzie piękny dzień. Słyszycie od wielu znajomych, którzy mają to już za sobą, że przygotowania wcale nie są tak pięknym czasem, ale nie wierzycie, bo to przecież plany waszego dnia, tego jedynego, wymarzonego.

   Mija miesiąc, trzy, pół roku, rok. Zakładając, że czekaliście na salę tyle, ile statystyczne narzeczeństwo, a więc półtora roku, gdzieś w okolicach dwóch ostatnich miesięcy zaczniecie mieć serdecznie dość planowania. W waszych rozmowach pojawi się – początkowo żartobliwe, później śmiertelnie poważne – „szkoda, że nie wzięliśmy cichego ślubu i nie wyjechaliśmy na Malediwy”. Później przyjdzie zniechęcenie, sprzeczki, frustracja na wszystko co idzie nie tak, jak powinno. Wasz wielki dzień, zbliżający się ogromnymi krokami zacznie was drażnić, a nie przyprawiać o szybsze bicie serca.

   I kiedy zdaje się, że już w tej frustracji pozostaniecie do dnia ślubu, po którym w końcu odpoczniecie, idziecie na głupi kurs tańca. Oboje macie dwie lewe nogi, instruktorka zaś uważa, że jesteście bożyszczami parkietu i doskonale rozumiecie czym się takty. Ona liczy, wy udajecie, że rozumiecie co liczy i staracie się powtórzyć kroki, które wam zaprezentowała. A później każe wam tańczyć, patrzeć sobie banalnie w oczy i włącza muzykę. Oczywiście robicie to zbyt sztywno, zbyt szybko, ona w tle liczy dalej te nieszczęsne takty, ale wtedy przychodzi ta chwila, która – gdyby obecny był tam dobry kamerzysta i odpowiednie efekty specjalne – mogłaby wydarzyć się w filmie. Tło zanika, pokrzykiwania instruktorki głuchną, jest tylko muzyka i wy. Tańczycie, usta nie mogą powstrzymać się od uśmiechu i jest po prostu – przez tą jedną chwilę – idealnie.

   I później łatwiej jest wrócić do rzeczywistości, bo co by się nie działo, wiecie, że jest ta chwila, że dogoniliście marzenia.


   Zostało osiemnaście dni. Ratunku! 


29 maj 2017

Umarli głosu nie mają. Piraci z Karaibów – Zemsta Salazara.


   Któż nie oglądał chociaż jednej z części tej kultowej serii, niech pociągnie spory łyk rumu. A kto nie był zachwycony przygodami Jacka Sparrowa (sic!, kapitana Jacka Sparrowa), Willa Turnera i Elizabeth Swan, niech wypije całą butelkę rumu, bo za to kara w postaci kaca być musi.

   Minęło siedemnaście lat od momentu, gdy Will Turner stał się kapitanem Holendra i gdy drogi trójki głównych bohaterów rozeszły się – wydawać by się mogło – na zawsze. Elizabeth urodziła syna, co dla nikogo, kto wyczekał końcowe napisy w trójce, zdziwieniem nie jest, Will obrósł w kalmary i inne urocze muszle a Jack… cóż, Jack pił rum i patrzył jak jego urok osobisty i chwała powoli gaśnie.

   Omijając szerokim łukiem część czwartą, która dla mnie była jedną, wielką pomyłką, od razu wskakuję od „Na krańcu świata” do „Zemsty Salazara”. Barbossa jest samozwańczym królem piratów, ma pod sobą kilka okrętów, opływa w bogactwo i zatrudnił nawet kilku grajków, którzy umilają mu wieczorne kolacje. Jack z koli hołubi nadal swoją Czarną Perłę, chociaż ta zamknięta jest w małej buteleczce i może tylko pomarzyć o rejsach na pełnym morzu.

  Nową postacią, która zawiruje losami bohaterów jest Henry, syn Elizabeth i Willa, chłopiec równie przystojny co ojciec i równie nierozgarnięty jak matka. Chce znaleźć Trójząb Posejdona, aby cofnąć klątwę, która zamknęła jego ojca na Holendrze i stworzyć w końcu prawdziwy dom z obojgiem rodziców. Ah, cóż za piękny cel, szkoda tylko, że chłopak ubzdurał sobie, że bez pomocy Jacka tego nie dokona.

   Szukając legendarnego kapitana, spotkał Carinę, która irytowała mnie jeszcze bardziej niż Swan w pierwszych trzech częściach. O ile Elizabeth męczyła mnie ciągle swoim nastawieniem „jestem damą, ale chcę walczyć, oh! jednak mnie ratujcie!”, tak Carina (uparcie kojarząca mi się z Karina z dowcipów) uważa się za wykształconą kobietę i nie wierzy w żadne nadprzyrodzone zjawiska. Uważa, że wszystko może ogarnąć wyćwiczonym rozumem, a gdy okazuje się, że jest w błędzie, jej przerażenie trwa około minuty, po czym znowu wraca do swoich obliczeń. Brawo! Każdy z nas, gdyby zobaczył na wpół martwych ludzi chodzących po wodzie, ciężko by się zszokował a nie poleciał liczyć w słupku odejmowanie.

   Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie było spotkanie Jacka i Barbossy; chyba jako jedna z niewielu rzeczy w tym filmie, to akurat mnie nie zawiodło. Znienawidzeni przez siebie kompani jak zawsze stanęli ramię w ramię – chociaż niezamierzenie – aby pokonać Salazara, zombicznego hiszpańskiego kapitana, który zginął przez Jacka, kiedy ten był jeszcze zwykłym majtkiem a nie kapitanem statku. Swoją drogą, scenarzyści tym razem poszli po najmniejszej linii oporu i stworzyli anty-bohaterów łudząco podobnych do tych z „Klątwy Czarnej Perły”. Dziwni pod względem anatomicznym nieśmiertelni, którzy niestrudzenie polują na Sparrowa lekko się już przejedli i byłabym wdzięczna, gdy wpadli oni na coś lepszego, niż odgrzewany sprzed tygodnia schabowy.

   Poza tym, „główny zły” – kapitan Salazar świszczał niczym wieloletni palacz po przebiegnięciu kilometra i zamiast wywoływać tym trwogę i strach u mnie powodował lekką irytację. Chodząc świszczał, opowiadając świszczał, krzycząc świszczał i pluł krwią. W porównaniu z Jonsem z „Na krańcu świata” była to tak groteskowa postać, że nic dziwnego, że nikt nie brał go zbyt serio. Był bo był, ale ze strachu przed nim jakoś nie drżeli.

   
Trochę ze swojej charyzmy stracił Jack a w momencie, gdy panicznie wołał Henry’ego, starając się uratować mu życie, straciłam resztki wiary w tego dawnego Jacka, który wprost nie troszczył się o nikogo, tylko jakby od niechcenia pomagał Willowi czy Elizabeth. Te siedemnaście lat postarzało kapitana, jego poczucie humoru zblakło, żarty skupiały się tylko na sprawach łóżkowych a w dodatku jego – niegdyś rewelacyjne – skoki na linie stały się śmieszną parodią samych siebie.


   Podsumowując „Zemstą Salazara” nie jestem zachwycona. Jack stracił blask, syn Turnera był śliczny jak obrazek, ale lekko mułowaty a Carina przypinała mi Rey z „Gwiezdnych Wojen” – była zdecydowanie zbyt feministyczna jak na swoje czasy. Film w rewelacyjny sposób ratował Barbossa i jego wierna i oddana małpa. Ze świetnej serii tylko ta dwójka pozostała niezmieniona. Reszcie przydałoby się ściąć głowę. Gilotyną, którą wymyślili Francuzi a że wymyślili oni również majonez to - cytując kapitana Sparrowa - nie może być to nic złego. 


25 maj 2017

Jak docenić to, co minęło?


   Są takie książki, które mają w sercu czytelnika specjalne miejsce. Zazwyczaj są to książki znane, podniosłe, które zdobyły w jakiś sposób sławę; często wśród takich wyliczeń pojawia się „Mały książę”, „Alchemik” czy „Mistrz i Małgorzata”. W moim przypadku taką książką, specjalną, która sprawia, że nachodzi mnie refleksja o własnym życiu i która pokazuje, jak wiele się w nim zmienia – bezustannie, bez jakiejkolwiek pomocy z mojej strony, jest „Kilka dni z życia Alice.”

   Tak, to zwykła obyczajówka. I co więcej, jej akcja toczy się w Australii, a więc na kontynencie, gdzie wszystko chce cię zabić, nawet słodko wyglądający drzewny miś. Alice, główna bohaterka w wyniku wypadku na siłowni ubiła się w głowę i straciła pamięć – skasowała ze swoich wspomnień ostatnie 10 lat życia. Gdy obudziła się po wypadku, była przekonana, że ma 29 lat, wraz z mężem odnawiają ich nowy dom i spodziewają się pierwszego dziecka, którego po cichu nazywają Rodzynkiem. Ta dwudziestodziewięcioletnia wersja Alice jest radosna, nieco zbyt pulchna, lubi swoje długie włosy, jest zabawna i pełna nadziei na przyszłe życie. Problem w tym, że tak naprawdę kobieta ma trzydzieści dziewięć lat, trójkę dzieci, brzuch płaski jak deska, krótkie włosy i właśnie rozwodzi się ze swoim ukochanym Nickiem, który ledwo dziesięć lat temu był najważniejszą osobą w jej życiu.

   Nie tylko ona zmieniła się przez te lata; jej zachowawcza matka zaczęła chodzić na kurs salsy, jej babcia przeniosła się do domu szczęśliwej starości i zaczęła prowadzić bloga dla emerytek, a jej siostra po wielu bolesnych stratach zamknęła się w sobie i oddaliła od wszystkich.

   Oczywiście, ta dawna Alice nie chce się rozwodzić i będzie robiła wszystko, żeby posklejać swoje małżeństwo. Przecież to logiczne - kochają się, więc po co się rozwodzić? Pewnie powiedzieli sobie kilka zbyt gorzkich słów, zrobili sobie kilka razy na złość, ale wciąż musi łączyć ich równie gorące i żarliwe uczucie co kiedyś! Problem tylko w tym, że Nick nie zapomniał ostatnich lat i nie jest w stanie wybaczyć swojej żonie niektórych incydentów. 

   Jak poukładać sobie w głowie to, że zapomniało się sporej części swojego życia? Jak odnaleźć się wśród koleżanek, które kilka lat wcześniej budziłyby w Alice tylko irytację a teraz chodziła razem z nimi na siłownię, razem z nimi opiekowała się dziećmi i nawet spotykały się na babskie ploty? Jak pomóc siostrze, z którą nie miało się chyba zbyt dobrego kontaktu, bo było się zimną i podłą, cóż… suką? I jak kochać dzieci, których tak naprawdę się nie pamięta?

   Ta książka zawsze sprawia, że zaczynam się zastanawiać, jak zmieniło się moje życie przez ostatnie 10 lat i jak zmieni się przez kolejny taki okres. Dziesięć lat temu miałam 15 lat, nosiłam okulary, nie lubiłam swoich cienkich włosów a w szkole zawsze zamiast drugiego śniadania jadłam batona Mars i pojęcia nie wiem, dlaczego. Miałam wtedy trzy przyjaciółki i uważałam, że będziemy przyjaźnić się na wieki i że w wieku, w którym jesteśmy obecnie, będziemy już miały mężów, swoje domy, będziemy sławne i będziemy opiekować się swoimi dziećmi. Bo wtedy uważało się, że 25 lat to tak dużo! To już prawdziwa dorosłość!

   A co będzie za kolejne dziesięć lat? Pojęcia nie mam, ale za nic nie chciałabym być na miejscu Alice. Bo zapomnieć o swoim życiu, cofnąć się w czasie, podczas gdy cała reszta nadal wędruje w przyszłość to cholernie niesprawiedliwe. I ta książka uczy mnie tego, że jak zła byłaby przeszłość, jak złe wspomnienia by się w niej kryły, to dobrze, że ona jest. Bo nas kształtuje, uczy nas dorastania, zmienia nas a to jest dobre, bo nie można ciągle być takim samym i stać w miejscu.

   I polecam wam przeczytać historię Alice – kobiety, która zapomniała o dziesięciu latach swojego życia. Dzięki niej zaczęłam doceniać to, co minęło. Bo dzięki temu jestem w tym konkretnym miejscu, w tym konkretnym czasie z tymi konkretnymi osobami. 


23 maj 2017

Aktualizacja ślubna



   Trzeba zaktualizować co dzieje się w związku z moim ślubem, bo ten już za pięć tygodni a ja mam takie urwanie głowy, że – jak sami widzicie – trochę was zaniedbuję. Ale wraz ze zmianą nazwiska będę miała dla was więcej czasu, także spokojnie!

#Suknia
   Miałam z nią pewne problemy, bo pierwsza przymiarka zamiast mnie zachwycić, wywołała u mnie istne morze łez. Ze stresu schudłam dwa kilo, bo na zdjęciach z przymiarek suknia była dwukolorowa – biało, żółta. Teraz już jest jednokolorowa, ale odcień nie do końca jeszcze do mnie przemawia i muszę podumać co z tym fantem zrobić. Czyli albo się nastawić pozytywnie do niej i wierzyć, że będzie dobrze, albo rzucić to w cholerę i iść do ślubu w garsonce, niczym czterdziestoletnia rozwódka z czwórką dzieci na karku.

#Placki
   Byliśmy ostatnio zamówić placki na wesele. Jako że pani od ciast zna mojego narzeczonego, z czasów, kiedy jeszcze narzeczonym nie był, to powiedziała, żeby sobie wybrał jakie chciałby ciasta. Zaproponował wuzetkę i coś z galaretką i biedny został od razu zgaszony, że takie ciasta na lipcowe upały w ogóle się nie nadają. Zaproponował więc coś z jabłkami, ale i tym razem jego nadzieje i marzenia spełzły na niczym, chociaż obiecała, że postara się gdzieś mus z jabłek przemycić, co by go uszczęśliwić. Ma za to swój „chciejkowy” sernik. Z rodzynkami, które u mnie wywołują ból głowy. Naprawdę, jak zjem rodzynkę, to łapie mnie migrena.

#Menu
   Ustaliliśmy w końcu menu ślubne i o ile przy mięsach i zupach zgadzaliśmy się co do joty, o tyle w surówkach odbyliśmy małą, aczkolwiek zażartą kłótnię. Ja chciałam z białej kapusty i z marchwi, narzeczony – ćwikłę i wiosenną. Poszliśmy na kompromis. A żeby narobić wam apetytu to napiszę wam co będziemy jedli na obiad: rosół (obowiązkowy do picia), duet mięs pieczystych, czyli roladki z drobiu i schab pieczony z sosem, ziemniaki z masełkiem i koperkiem i do tego ćwikła i surówka z białej kapusty. A na deser szarlotka z lodami na ciepło. Pychota, prawda? Obym tylko się nie wybrudziła, jak to mam w zwyczaju.

#Pierwszy taniec
   Po wielu zmianach decyzji (moich) i po wielokrotnym przytakiwaniu (narzeczonego) wybraliśmy w końcu piosenkę i nawet zapisaliśmy się na kurs. Brawo my! Zatańczymy do klasyki – I love you, baby – Franka Sinatry.

#Księga gości
   Nigdy nie lubiłam wpisywać się do księgi gości, bo po prostu nie wiedziałam co mam tam napisać, ale z drugiej strony chciałam mieć pamiątkę ze swojego wesela. Stworzyłam więc ankietę weselną, co by pomóc zamroczonym alkoholem umysłom wpisać się do księgi i złożyć nam najlepsiejsze życzenia.

#Paznokcie
   Moja zmora, bo długo nie mogłam się zdecydować na jedne. Na pewno nie chciałam białych ani beżowych, bo beż to nijaki kolor i mi się nie podoba. Ostatnio razem z moją Basią – mistrzynią paznokciową, wymyśliłyśmy taki oto motyw, który prezentuje wam poniżej. Będą idealnie pasowały do reszty a przynajmniej tak stwierdziło paznokciowe jury.


#Alkohol
   A tutaj muszę się pochwalić. Wino bierzemy z lokalnej winnicy i specjalnie pod nas tworzone było wino różowe, moje ulubione. I nawet sam właściciel dotąd nieprzekonany do smaku tego trunku stwierdził, że jest pyszne i idealne na upały -  półsłodkie z lekko kwaskową nutą. Będzie pysznie, będzie winnie.

#Obrączki
   Już dawno kupione, czekają grzecznie w pudełeczku, z tym, że swoją muszę jeszcze lekko poszerzyć, bo teraz mój zaobrączkowany paluszek wygląda jak mało apetyczna parówka. W tym tygodniu muszę w końcu odwiedzić jubilera i załatwić tę sprawę, bo jak jeszcze na upał palce mi spuchną to i narzeczony, i ksiądz będą mi wtykać ten krążek na serdeczny palec. Swoją drogą postawiliśmy na białe złoto, półokrągły kształt.

   Musimy roznieść jeszcze trzy zaproszenia, 17 czerwca czeka mnie próbny makijaż, fryzura i panieński (trochę się obawiam, co mi te moje dziewczyny wymyślą) a potem mogę już spokojnie usiąść i stresować się tym pięknym nadchodzącym dniem.

   A, i ciągle czekam na Niebieski Notatnik od was – jeszcze dwie dziewczyny muszą się do niego wpisać a potem wróci do mnie! ^^


15 maj 2017

Dzieci, dzieci, wszędzie dzieci.


   Jestem w tym wieku, kiedy wszędzie dookoła pojawiają się dzieci. Rozmawiając z rodzicami maluchów mogę poznać wiele sposobów przewijania, karmienia, wychowania i wszystkich innych czynności, które są w dziećmi związane. Zaczęłam się zastanawiać jakie metody stosowano kiedyś. I w tym celu – jak zwykle – sięgnęłam do źródeł historycznych.

   Zacznijmy od początku, a więc od ciąży. Niegdyś wierzono, że przy ciężarnych nie należy mówić o potrawach, na które ma ona ochotę a których nie może zjeść, ponieważ z niemocy mogłaby … poronić. Średniowieczni znawcy potrafili także rozpoznać płeć dziecka po piersiach matki. Jeżeli w czasie ciąży prawa pierś stawała się większa od lewej – miał urodzić się syn. Jeżeli odwrotnie – córka. Ciekawe co, jeżeli kobieta ma asymetryczne piersi już przed ciążą?

   A co kiedy dzieciątko już się urodziło? Cóż, przede wszystkim polecano, aby trzymiesięcznego noworodka sadzać już na nocniku, przynajmniej 12 razy w ciągu doby. Czyli średnio co dwie godziny- wtedy istnieje szansa, że dziecko nauczy się korzystać z nocnika i nie trzeba będzie używać pieluch. Patrząc na dzisiejsze ceny pampersów, ta rada to istna żyła oszczędności.

   Poradnik w 1943 roku zaznacza, że dziecko powinno przebywać na zewnątrz przynajmniej 8-9 godzin dziennie. Pół biedy, jeżeli masz przy domu piękny ogródek. Jeżeli mieszkasz w bloku będziesz musiała wystawiać dziecko na balkon, żeby oddychało zdrowym, świeżym powietrzem. Nie zapomnij założyć mu maseczki przeciw smogowi, jeżeli mieszkasz w Krakowie. Albo na Śląsku.
   Jeden z poradników podawał, że dziecko należy poić wódką, żeby zniechęcić dziecko do tego smaku. Wiecie, taka profilaktyka.

   Istnieje również szereg starych przesądów związanych z ciążą i dziećmi. Przedstawię wam te najbardziej absurdalne:

    Nie przypatruj się nikomu brzydkiemu, bo dziecko też takie będzie - a jeżeli akurat o szefowa nie jest zbyt urodziwa? Co wtedy? Urlop na żądanie by przeszedł, czy nie bardzo?

    Jeżeli jesz ostre rzeczy, urodzisz chłopca, słodkie - dziewczynkę. Jeżeli jesz ostre i słodkie, to po prostu zaczynasz się obżerać. 

   Dziecku trzeba nacierać kręgosłup szarym mydłem, żeby był mocniejszy – mydło Szary Jeleń będzie przeżywało swój renesans, kiedy matki zaczną je na gwałt kupować i nacierać nim swoje pociechy..

   Jeżeli dziecko po raz pierwszy zacznie jeść z lewej piersi – będzie leworęczne – kurka i teraz zagadka życia, czy chodzi o lewą z perspektywy matki, czy dziecka? Bo to jednak jest problem.

   Nie wolno całować śpiącego dziecka, żeby nie miał koszmarów – jak dla mnie, to nie powinno się całować śpiącego dziecka, żeby się nie obudziło i nie zaczęło płakać.

   Nie powinno się kłaść dzieci na stole, bo będą głupie – po co w ogóle kłaść dziecko na stole?

   Im bardziej dziecko jest niespokojne i płaczliwe podczas chrztu tym grzeczniejsze będzie w przyszłości – mój chrześniak był grzeczniutki jak aniołek, więc w przyszłości może pokazać spore rogi.

   Jeśli pierwsze dziecko najpierw powie „mama” to kolejny maluszek będzie dziewczynką, jeżeli „tata” to będzie chłopcem – a jak powie „kaczka” to będziecie rodzicem jedynaka.

   Na koniec dwa najlepsze, które nawet nie wymagają komentowania:

   Jeżeli pogłaszczesz barana, urodzisz syna.

   Nie kochaj się z mężem w dwóch ostatnich miesiącach ciąży, bo dziecku będą ropieć oczka.